Czego NIE robić, żeby zaangażować dzieci w obowiązki domowe?

Podział obowiązków nierzadko bywa przyczyna sporów i nieporozumień w wielu domach. Również zdarza się to w moim, żeby nie było 😉

Jest to temat niesamowicie szeroki i głęboki, trudny i wzbudzający wiele emocji. Poświęciłam mu ostatnio sporo uwagi. Z moich pomysłów na posty powstała niezła kobyła. Dlatego postanowiłam nie zarzucać Was od razu wszystkim tym, co siedzi mi w głowie i podzielić to na kilka osobnych wątków.

Dzisiejszy wpis będzie stricte o dzieciach i o tym, co robić, a w sumie bardziej, czego nie robić, żeby zaangażować je w obowiązki domowe.

Zanim zacznę, chciałabym, żebyś wykonała poniższe zadanie i zatrzymała się przy nim na chwilę. Ostatnio upodobałam sobie zadawanie Ci pytań. Nie dlatego, że jestem typem nadgorliwca 😉 Raczej chciałabym zachęcić Cię do zrozumienia własnych potrzeb i zachowań, ich przyczyn, a nawet ich celu.

 Zadania dla Ciebie

Wyobraź sobie taką sytuację:

Kończycie jeść wspólną kolację, dzieci wstają od stołu i biegną do swojego pokoju. Co robisz?

A) Podnosisz się i zaczynasz po nich sprzątać.

B) Prosisz, żeby wróciły i odstawiły po sobie talerzyki.

Jeśli wybrałaś odpowiedź A, zachowujesz się pewnie jak spora większość matek wychodzących z założenia, że to przecież jeszcze dzieci.

Jeśli wybrałaś odpowiedź B, należysz raczej do mniejszości próbującej włączyć dzieci w codzienne obowiązki.

Ani jedna, ani druga odpowiedź nie jest błędna, co więcej – żadna z nich nie mówi, że robisz coś źle. Pytanie tylko, czy kiedykolwiek zastanawiałaś się:

  • Dlaczego robisz to, co robisz?
  • Czy taki stan rzeczy Ci odpowiada?
  • Jaki to będzie miało wpływ na dzieci w przyszłości?
  • Jak taka analogiczna sytuacja będzie wyglądała, gdy Twoje dzieci będą starsze?

Jeśli Twoje codzienne zachowanie odzwierciedla opcja A i odpowiadając sobie na wszystkie powyższe pytania, utwierdzasz się w przekonaniu, że to, co robisz, jest dla Ciebie w porządku, czujesz się z tym dobrze. Jest oznaką tego, że taki stan rzeczy Ci odpowiada i nie masz z tym najmniejszego problemu. To jest Twoja w pełni świadoma decyzja, którą absolutnie szanuję.

Natomiast jeśli wybrałaś opcję A i nie do końca wiesz, dlaczego to robisz, nie czujesz się z tym ok i obawiasz się, że Twoje dzieci nie nauczą się pomagać w domu. Oznacza to, że czas się nad tym wszystkim zastanowić i może wprowadzić jakieś zmiany.

Przygotowałam dla Ciebie listę 4 rzeczy, których zdecydowanie nie powinnaś robić, jeśli chcesz, aby Twoje dzieci włączyły się w obowiązki domowe. Listę, do której i ja próbuję się stosować, choć czasem nie bywa to łatwe 😉

  1. Nie wyręczaj

Jako matki, mamy częste tendencje do myślenia o naszych dzieciach w kategoriach bezradnych istot, które potrzebują we wszystkim pomocy. Tak bardzo staramy się je we wszystkim wyręczać, że po jakimś czasie budzimy się z ręką w nocniku. Nagle okazuje się, że nasze dzieci są już na tyle duże, że mogłyby robić już większość rzeczy samodzielnie, ale za bardzo przyzwyczaiły się do naszej nadgorliwości.

Zaczyna się od niewinnej pomocy przy sprzątaniu zabawek, odstawianiem butów na miejsce czy wkładaniu talerza do zmywarki i wielu innych codziennych małych czynności.

Robimy tak z różnych powodów. Może to być po prostu zwyczajna matczyna troska o to, żeby nasze dziecko się nie przemęczało lub – co gorsza – myślenie: „zrobię to za niego będzie szybciej”.

Zadanie dla Ciebie

Zastanów się przez chwilę, ile razy w ciągu ostatniego tygodnia, zrobiłaś coś za swoje dziecko, bo:

  1. myślałaś, że jest zbyt zmęczone lub za małe, żeby coś zrobić;
  2. wyszłaś z założenia, że Ty zrobisz to szybciej.

Jeśli podjęłaś taką decyzje choć dwa razy w ciągu ostatnich siedmiu dni, znaczy, że Twoje tendencje do wyręczania są dość spore 😉

Robiąc te różne codzienne rzeczy za nasze dzieci, kręcimy na siebie niezłego bata. Bo nie ucząc ich tego dziś, możemy zapomnieć o egzekwowaniu nawet najmniejszych domowych obowiązków, gdy będą już starsze. Przypadkowo uczymy je, że angażowanie się w codzienne czynności, nie jest konieczne, bo zawsze ktoś zrobi je za nie.

Jako matka dwójki dzieci doskonale wiem, jak męczące czasem może być proszenie ich o zaangażowanie się w obowiązki domowe. A jeszcze bardziej znam pokusę zrobienia ich za nich.

Jednak za każdym razem, gdy schylam się, żeby posprzątać klejącą się do podłogi „ciastolinę” (bo dzieci zdążyły zająć się już czymś innym), wyobrażam sobie siebie za kilka lat sprzątającą rozrzucone kosmetyki nastoletniej córki lub brudne skarpetki dorosłego syna. I wiecie co? Działa! Myśl jest tak przeszywająca, że od razu staję do pionu 😉

  1. Nie przepraszaj

Często spotykam się z przeświadczeniem rodziców, że dzieci w dzisiejszych czasach mają zbyt dużo obowiązków – szkoła, zajęcia pozalekcyjne, prace domowe. Tyle się od nich dziś wymaga, że aż żal prosić ich o robienie czegoś w domu.

Nasze podejście potęguje wyrzuty sumienia, gdy zwracamy się do dziecka nawet z najdrobniejszą prośbą o pomoc. Co więcej, mówimy to nierzadko w przepraszającym tonie, a niekiedy nawet tłumaczymy, że to wszystko jest dla jego dobra.

Po pierwsze, prosząc, a jednocześnie przepraszając, dajemy sygnał naszemu dziecku, że nie czujemy się z tym komfortowo. Co jak co, ale emocji przed dzieckiem nie ukryjemy. A ono już doskonale będzie wiedziało, co ma z takim przesłaniem zrobić.

Po drugie, jak 5latek może zrozumieć, że sprzątnie klocków zaprocentuje kiedyś w przyszłości. Czy naprawdę sadzimy, że pomyśli: „Ok, rozumiem, muszę być odpowiedzialnym dzieckiem, żeby kiedyś móc być odpowiedzialnym dorosłym” 😉

Przyszłość dziecka nie jest ani atrakcyjną, ani namacalną, ani nawet wyobrażalną lub przetargową kartą dla niego. Ono po prostu nie rozumie przekazu.

Komunikat dla dziecka powinien:

  • dotyczyć tego, co dzieje się tu i teraz,
  • być jasny i stanowczy,
  • przekazywać informację o współpracy.

Możesz np. powiedzieć “Każdy z nas ma własne obowiązki, bo jesteśmy rodziną. To co, robisz, ma wpływ na innych. A w rodzinie wszyscy powinni się wspierać”

  1. Nie pytaj

Założę się, że jak mój mąż przeczyta ten podpunkt, na bank uśmieje się do rozpuku. A to dlatego, że pytanie dzieci o wszystko bywało moją matczyną przywarą. Czasami nadal mi się to zdarza, ale z tym walczę 😉

To wszystko dlatego, że naczytałam się kiedyś bzdur na temat „demokratycznego podejścia do dzieci” i wydawało mi się, że powinnam je o wszystko pytać. Mój mąż natomiast dostawał drgawek, gdy tylko słyszał wypowiadane przeze mnie pytania w stylu „Iguś, czy chciałbyś…?”

Dotyczyło to oczywiście obowiązków domowych, a nie tego, co ma ochotę zjeść na kolację.

Dawanie mu możliwości podejmowania decyzji, czy pokój sprzątnie teraz czy później, pokazywało mu, że każdy obowiązek może być przedmiotem negocjacji.

Bądźmy jednak realistami. Jak myślisz, co mi odpowiadał na takie pytanie? Na pewno nie była to przepełniona radością i entuzjazmem odpowiedź w stylu: „mamusiu, zrobię to teraz” a raczej: „troszkę później mamusiu, dobrze?”

„No dobrze, dobrze” – opowiadałam.

Później – tak czy siak – denerwowałam się i kończyło się na tym, że nie prosiłam, a ostatecznie kazałam mu sprzątnąć pokój. Czyli demokratyczna zagrywka kończyła się autorytatywnym rozkazem. Podważałam tym sposobem swoją spójność i narażałam się na niepotrzebne negatywne emocje.

Sęk w tym, żeby umieć dawać dziecku wybór tam, gdzie jest on możliwy, np.:

  • co zje na obiad,
  • czy ma ochotę na bluzkę w Star Wars czy w Auta,
  • czy ma ochotę najpierw umyć zęby, czy pościelić łóżko (bo to, że powinno to zrobić, nie podlega dyskusji. Może dokonać jedynie wyboru w jakiej kolejności).

Nie powinniśmy wplatać pytań wszędzie, gdzie to możliwe i pozwalać dziecku na podejmowanie decyzji w sprawach, które, tak czy siak, należy zrobić.

Pewne aspekty dnia codziennego nie podlegają negocjacji. Bo gdy zaczynamy o nich dyskutować i dawać zbyt wiele czasu na zastanawianie się nad nimi, działają one ze szkodą dla wszystkich członków rodziny. Na was – bo się złościcie. Na dzieci – bo nie uczą się odpowiedzialności i rodzinnej współpracy.

Oczywiście pytanie nie jest jednoznaczne z prośbą. Nie pytamy: „czy zechciałbyś odwiesić kurtkę na wieszak”, ale prosimy: „proszę, odwieś kurtkę na wieszak”.

Pierwsze zostawia przestrzeń do odpowiedzi „nie, nie zechciałbym”, drugie jest grzeczną formą zakomunikowania czego oczekujemy. Zauważasz różnicę?

  1. Nie ograniczaj

Chcąc dla dziecka dobrze, zdarza się nam pozbawiać je możliwości nauczenia się pewnych rzeczy.

Ścieląc siedmiolatkowi codziennie łóżko, nie pozwalamy mu nauczyć się robić tego samodzielnie.

Sprzątając łazienkę po ekspresyjnej kąpieli dziecka, nie dajemy mu szansy nauczyć się, że jak się nachlapało, to trzeba po sobie sprzątnąć.

Odstawiając po nim naczynia do zmywarki, pokazujemy, że sprząta się zawsze samo.

Robimy to często w obawie, że dzieci nie zrobią tego wystarczająco dobrze lub jest to dla nich za ciężka do wykonania czynność. Nie ważne, jakie są nasze pobudki, ważne jest to, że tym sposobem ograniczamy możliwości poznawcze naszych dzieci.

Bo jakim cudem ma się ono przekonać o prawdziwości stwierdzenia: „jak sobie pościelisz tak się wyśpisz”, skoro zawsze mama szykuje mu łózko do spania i zawsze jest miło i wygodnie. Nie zrozum mnie źle, nie namawiam Cię do pozostawienia dziecka samemu sobie, ale bardziej do dania mu odrobiny swobody i przestrzeni do popełniania błędów.

Tak na marginesie, to chyba powinnam wstawić tu zdjęcie Ignasia, jak rozkłada swoją kołdrę i prześcieradło do spania 😉 Zajmuje mu to zazwyczaj 3 sekundy i efekt jest opłakany. Staram się jednak nie rzucać i nie poprawiać tego za niego. Podkreślam staram się 😉 Bo bywa, że się rzucam. Pracuję nad sobą, żeby jednak bardziej zachęcać do robienia tego schludniej, aniżeli robić to za niego.

Podsumowując, doskonale wiem, że robienie czegoś za dzieci czasem bywa lepszym i szybszym rozwiązaniem. Pytanie tylko, czy nie jest to jedynie krótkoterminowy efekt, który może odbić się nam czkawką w przyszłości.

Pamiętajmy, że obowiązki domowe nie dzieją się w odosobnieniu od naszej rodzinnej codzienności, a są jej częścią. Aby dzieci mogły czuć się częścią rodziny, powinny być również w nich uwzględniane. O tym, dlaczego dzieci powinny pomagać w domu i jakie płyną z tego korzyści – już wkrótce.

Tymczasem zostawiam Cię z czterema NIE i ciekawa jestem, jak się na to zapatrujesz.

Czy jest coś jeszczem, co robisz, aby zaangażować dzieci w obowiązki domowe? Jak Ci idzie? A może wychodzisz z założenia, że dzieci to jeszcze tylko dzieci?  Daj znać w komentarzu.

Twoja Gee

 

Continue Reading

Dlaczego warto dbać o rodzinne rytuały?

Chciałabym dziś poruszyć temat rodzinnych rytuałów. Jednak ten tekst nie będzie jedynie moim monologiem. Chciałabym, abyś wzięła w nim aktywny udział. Zatrzymała się na chwilę, pomyślała i zastanowiła nad pewnymi rzeczami. W natłoku zadań i wydarzeń dookoła nas mamy w zwyczaju skanowanie serwowanych nam treści. Pobieżnie czytamy, a potem odkładamy na bok i zapominamy.

Dzisiejszy tekst dotyczy Twojej rodziny i tego, co ją łączy. Zapraszam Cię do lektury i wykonania kilku krótkich zadań, które dla Ciebie przygotowałam.

Sięgnij pamięcią do swojego dzieciństwa

Zadanie 1 Spróbuj na chwilę przenieść się do czasów, gdy byłaś dzieckiem i zastanów się, jakie skojarzenia przychodzą Ci na myśl, gdy słyszysz słowo „weekend”.

 Zamknij oczy i przywołaj wspomnienia.

 Pozwól, że podzielę się z Tobą moją odpowiedzią (swoją możesz napisać w komentarzu poniżej).

Gdy zamknęłam oczy, zobaczyłam:

  • rozmowy przy niedzielnym obiedzie;
  • programy przyrodnicze lecące gdzieś w tle;
  • wylegiwanie się z rodzicami na za małej kanapie i wieczna walka o większy kawałek przestrzeni;
  • wyjazdy na działkę, gdy tylko zza okna wyjrzało słońce, a temperatura nie mroziła nosów

Te wszystkie przywołane przeze mnie (i przez Ciebie) czynności to nic innego jak rodzinne rytuały. To te powtarzalne czynności, które dziś, gdy o nich myślimy, wywołują uśmiech na naszych twarzach.

Rodzinnych rytuałów jest tyle, ile rodzin

Czy na samą myśl o słowie „weekend” poczułaś może zapach niedzielnych kotletów schabowych z ziemniakami i mizerią, a może przypomniałaś sobie sobotnie wieczory filmowe z rodzicami, a może po prostu uśmiechasz się, bo w weekendy nikt nie zamierzał się wysilać i całymi dniami chodziliście w piżamach?

Odpowiedzi będzie tyle, ile rodzin, bo każda może mieć swoje czynności charakterystyczne jedynie dla niej.

Gdy staram się porównać sposób, w jaki spożywa się wspólne posiłki w mojej rodzinie, a jak w rodzinie mojego męża, nie jestem w stanie znaleźć więcej podobieństw między nimi oprócz tego, że w każdej rodzinie do jedzenia używa się sztućców i talerzy. Pozostałe rzeczy różnią się tak bardzo, jak zima różni się od lata. Ale to właśnie sprawia, że każda rodzina jest unikalna, każda ma własne przyzwyczajenia, każda czerpie przyjemność z innych rzeczy i każda powinna odnajdować w tym swoją wyjątkowość.

Zadanie 2 Zastanów się, jakie są podobieństwa a jakie różnice w rytuałach w Twojej rodzinie a w rodzinie Twojego męża/partnera.

Rytuały małe i duże

Rytuałem może być powtarzalne wykonywanie, jakieś nawet najdrobniejszej czynności. Coś, co sami nie do końca wiecie, dlaczego wpisało się w Wasz rodzinny zwyczaj. Może to być zdanie, które wypowiadacie codziennie, gdy spotykacie się rano przy śniadaniu, przelotny buziak czy „przytulas” na pożegnanie.

Mogą to być odrobinę większe sprawy jak droga do przedszkola i wasze rozmowy, wieczorne czytanie książki czy wspólne mycie zębów, podczas którego, aby zachęcić dzieci do szczotkowania, nucisz im: „Szczotko, szczotko, hej, szczoteczko…”.

Rytuałami mogą być również większe rzeczy jak wspólne wyjścia do kina raz na miesiąc, wyjazdy na działkę, spędzanie dwutygodniowych wakacji nad morzem czy sposób w jaki obchodzicie święta.

Rytuałem może być wszystko, co w waszej rodzinie jest czynnością powtarzalną. Często słowo „rytuał” używane jest zamiennie ze słowem „rutyna” czy „nawyk.

Mnie natomiast rytuały – w przeciwieństwie do czynności rutynowych – kojarzą się znacznie milej i cieplej. Rutyna, w moim odczuciu, odnosi się do usystematyzowania pewnych codziennych czynności, które muszą się wydarzyć, czyli obowiązków. Rytuały natomiast niosą ze sobą więcej swobody i doświadczania chwili. Aczkolwiek mogą być one równie powtarzalne jak czynności rutynowe. Przy czym nie są one naszymi obowiązkami, a bardziej czynnościami nadającymi wartość danej chwili.

Oczywiście mało przyjemne czynności, jakimi są np. pobudki, możemy zamienić w rytuał, poświęcając im nieco więcej uwagi i nadając im większego znaczenia. Zrywanie dzieci na równe nogi po pierwszym dzwonku budzika kojarzy mi się raczej z pewnego rodzaju nawykiem i presją czasu. Natomiast budzenie dziecka, szepcąc mu ciepłe słowa do ucha, głaszcząc je po główce i poświęcając swoją uwagę tej właśnie chwili, to dla mnie zdecydowanie rytuał.

Widzisz różnicę?

Zadanie 3 Zamknij oczy i przywołaj w głowie 3 czynności, które są waszymi codziennymi lub tymi większymi rytuałami.

 U nas są to wspólne codzienne śniadanie w rytm spokojnego jazzu;

  • wspólne codzienne śniadanie w rytm spokojnego jazzu;
  • czytanie dzieciom na dobranoc;
  • słuchanie w aucie muzyki z listy utworzonej przez mojego męża.

Rytuały bez względu na to, czy małe czy duże, wszystkie niosą ze sobą szereg korzyści dla nas samych i dla całej naszej rodziny.

Tworzą naszą codzienność

Te codzienne czynności wydają się nam czasami takie zwyczajne, normalne. Gdy jesteśmy mali, są one dla nas chlebem powszednim, czasem może nawet nas irytują. Często nie doceniamy ich lub nie mamy czasu się nad nimi zastanowić.

Gdy dorastamy nabierają one dla nas większego znaczenia. Wybywamy z domu, wyjeżdżamy na studia, zakładamy własne rodziny. I właśnie wtedy uświadamiamy sobie ich wartość. Tęsknimy za zimowymi pogaduchami z babcią przy starym węglowym piecu, jazdą samochodem z rodzicami, podczas której tata wciąż dopytywał się, dlaczego nic nie mówimy czy ubieraniem choinki na ostatnią chwilę.To właśnie te nawet najdrobniejsze powtarzalne rzeczy tworzą nasze codzienne życie, nadają mu wartości i sprawiają, że mamy za czym tęsknić.

Zadanie 4 Zastanów się, jakie czynności w Twojej rodzinie Cię złościły, a teraz uśmiechasz się na wspomnienie o nich?

Sprawiają, że planujemy czas dla naszych najbliższych

W pędzie dnia codziennego czasami trudno jest nam wygenerować chwilę dla naszych najbliższych. Ciągle gdzieś gonimy, ciągle jest jeszcze coś do zrobienia. Jeśli np. Waszym rodzinnym rytuałem jest przynajmniej jeden wspólny posiłek w ciągu dnia, to dzięki niemu – bez względu na wszystko dookoła – do stołu siadacie zawsze wspólnie. To jest właśnie ten zaplanowany czas dla rodziny. To samo tyczy się wieczornego czytania książek dzieciom, wspólnych weekendów, a także urodzin babci, imienin cioci czy po prostu świąt. Są to chwile w naszych napiętych grafikach, które niezmiennie dedykujemy naszym najbliższym.

Budują poczucie bezpieczeństwa

Rytuały sprawiają, że czujemy się częścią jakieś integralnej całości. Wiemy, że jesteśmy ważni, a inni się o nas troszczą. Rodzinne zwyczaje – te mniejsze i większe – otwierają nad nami parasol ochronny. Pod nim wszystko jest przewidywalne i bezpieczne. Wiemy, co nas czeka i wiemy, że niczym nie musimy się martwić. Ma to szczególne znaczenie dla naszych dzieci, dla których rodzina to schronienie przed światem zewnętrznym. Jeśli w szkole stanie się coś złego i nieprzyjemnego, w domu będzie czekała na nich mama, która na pewno przytuli i pocieszy, bo przecież zawsze tak robi.

Są podstawą do wzmacniania więzów rodzinnych

Rytuały budują poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie sprawiają, że z naszymi najbliższymi czujemy się najlepiej. Poświęcając czas i uwagę naszej rodzinie, zacieśniamy więzy, tworzymy historię i budujemy wspomnienia. Im więcej takich chwil w naszym życiu, tym silniejsze jest nasze przywiązanie do rodziny, tym bardziej czujemy się jej częścią i tym bardziej na nią liczymy

Przypominają nam piękne chwile

Życie to sinusoida. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Czasami nasze serce przepełnia radość, a czasem musimy mierzyć się z trudnościami życia.Rytuały to te chwile w naszym życiu, które przepełnione są szczęściem i spokojem. Są one bazą do budowania wspaniałych wspomnień i tworzenia rodzinnych historii.

Rytuały nie muszą zajmować nam dużo czasu

Na moim fanpage’u pojawił się ostatnio wpis o naszym rodzinnym rytuale wspólnych codziennych śniadań. Pojawiało się z Waszej strony wiele pytań, skąd mamy na to czas, o której musimy wstawać i jak to w ogóle jest możliwe w tygodniu.

Dziś rano specjalnie spoglądałam na zegarek, żeby sprawdzić, ile to nam tak naprawdę zajmuje. Okazało się, że od nabrania pierwszej łyżki owsianki do ostatecznego wyczyszczenia talerza minęło jedynie dziewięć minut!!!

Dziewięć cudownych minut, dzięki którym możemy poświecić sobie z rana odrobinę uwagi, zjeść wspólny posiłek i nastroić się dobrą energią, którą daje nam jazz.

Czasem zajmuje nam to dłużej, czasem dzieci się buntują i nie chcą jeść albo jeszcze coś innego stanie nam na drodze. Wiemy natomiast, jak ważny jest to dla nas moment w ciągu całego dnia, dlatego konsekwentnie codziennie go powtarzamy, zakładając czasowe bufory.

Więcej o tym, dlaczego wspólne posiłki z dziećmi są ważne, znajdziesz tutaj.

Warto je zaplanować i się do nich przygotować

Abyśmy mogli usiąść do wspólnego śniadania, dokładamy wszelkich starań, żeby nie zaspać, pójść wystarczająco wcześnie spać lub przygotować sobie składniki na śniadanie wieczorem. Podejmujemy świadomą decyzje, co jest dla nas ważne i właśnie w tym kierunku działamy.

Naszym codziennym rytuałem jest śniadanie. Twoim może być obiad czy kolacja. Równie dobrze może odbywać się jedynie w weekendy, bo praca i styl życia nie pozwalają Wam na celebrowanie wspólnych posiłków w tygodniu. Wszystko zależy od Was.

Rytuał nie musi być czasochłonny, nie musi być wielką celebracją. Jak widzisz, wystarczy dosłownie kilka minut, żeby stworzyć ku niemu warunki.

Najważniejsza jest w tym wszystkim nasza świadomość, że to właśnie te drobne chwile są najcenniejsze i że warto poświęcać im naszą codzienną uwagę. Bo to właśnie one kształtują nasze życie, to dzięki nim tworzycie silną rodzinę, a wasze dzieci czują się z wami bezpiecznie.

Zadanie 5 Pomyśl sobie o 3 rytuałach, które chciałabyś, aby Twoje dzieci kiedyś wspominały.

Zadanie 6 Im więcej takich zaplanowanych chwil z rodziną, tym lepiej. Zastanów się, którą z powyższych codziennych czynności możecie już od dziś zacząć zamieniać w rytuał?

 Z rytuałami jest jak z nawykami. Chcąc wypracować nowy, nie zaczynaj kliku od razu, bo najprawdopodobniej żaden ostatecznie na długo u Ciebie nie zagości. Zrób listę tych, na których Ci zależy i małymi krokami, pokolei wprowadzaj je w życie. Weźcie jeden na tapet i praktykujcie go przez jakiś czas. Gdy stanie się on częścią waszego życia, zabierz się za kolejny.

Pamiętaj rytuały budujemy, żeby odnajdować przyjemność w codzienności, nie po to, żeby odhaczyć je na liście. Nie nakładaj na siebie zbyt dużej presji. Pozwól im powoli zagościć się w waszym życiu.

Twoja Gee

Continue Reading

WORK – LIFE BALANCE kiedyś nadejdzie, czyli największe kłamstwo, w jakie wierzysz.

Obiecałam Wam, że już nie będę wracać do kampanii Rutynka. Jednak żeby dobrze zobrazować moje przesłanie, na chwilę chciałabym wrócić do okresu kampanii.

Na co dzień pracuję z domu. Podjęliśmy z mężem taką decyzję, aby jedno z nas, mając bardziej elastyczną pracę, mogło swobodnie odbierać dzieci, zawozić je na zajęcia czy zostawać w domu w razie ich przeziębienia.

Sądziłam, że tym sposobem uda mi osiągnąć mój wymarzony i jakże osławiony stan work-life balance. Wydawało się to takie realne. Skoro z założenia jestem w domu, na pracę poświęcam mniej czasu niż poprzednio, a jej godziny są elastyczne.

Nic tak bardzo nie zrujnowało mojej wizji jak przeprowadzenie kampanii Rutynka. Jak już wiecie z poprzednich postów, kampania kosztowała mnie sporo stresów i wysiłku. (Więcej znajdziesz tutaj i tutaj.)Przez bity miesiąc wszystkie moje myśli skupiały się właśnie na niej. Myślałam o Rutynku w dzień i w nocy. W toalecie i pod prysznicem. Przy wspólnym obiedzie z rodziną i kiedy lunch konsumowałam sama.

Przecież praca nad „swoim” miała odbywać się w sielsko anielskiej zbalansowanej atmosferze! A zamiast tego w drodze po dzieci, załatwiałam jeszcze w biegu ostatnie maile. Odkładałam na bok telefon, kiedy byliśmy już razem w domu, ale to nie oznaczało, że skończyłam pracę. Ona nadal działa się w mojej głowie. A ja tylko czekałam, aż dzieci pójdą spać, żebym mogła odpisać na zaległe wiadomości.

Wtedy zrozumiałam, że balansu nie mam. Jedyne co mam to WYBÓR

Kampania pochłonęła mnie jak niejeden duży projekt w korporacji. Zaburzyła mój balans i wtargnęła na rodzinne terytorium. Nie musiało tak być, bo mogłam iść drogą, w której nie podejmuję walki o sukces kampanii. Ale, z pełną świadomością wybrałam Rutynka. Oboje z mężem wiedzieliśmy, z czym się to wiąże. Na chwilę zniknęłam i przekierowałam całą uwagę na pracę.Teraz jestem już z powrotem, bo Rutynek okupuje drukarnię, a ja po pracy ponownie mogę spędzać świadomy czas z moją rodziną.

 Idealny stan rzeczy

Work-life balance istnieje często w naszych głowach jako wyidealizowany stan umysłu. Marzymy o nim, wizualizując sobie własną firmę, pracę z domu czy odcięcie się od korporacji, wierząc, że w przyszłości może doświadczymy życiowej równowagi.

Dyskutowałam kiedyś ze swoim znajomym o moich planach na własną firmę. Rozmowa miała zabarwienie nieco coachingowe i padło w niej pytanie: „dlaczego tak naprawdę chcę mieć coś swojego”. Ja bez wahania odpowiedziałam: „bo chce mieć w końcu czas dla swojej rodziny”. Zdziwienie w jego oczach poprzedzało pytanie: „ale czy naprawdę sądzisz, że własna firma da ci więcej swobody”.

Nie rozumiałam, o co mu tak właściwie chodzi, aż do momentu, w którym poczułam totalne wypalenie (przez przepracowanie), próbując rozkręcić pierwszy biznes internetowy. Miałam to, co chciałam, ale w żaden sposób nie zbliżało mnie to do życiowej równowagi.

Zawsze będzie coś „jeszcze” do zrobienia

Może się często wydawać, że jak już coś odhaczymy na swojej liście, coś osiągniemy, coś zakończymy, to właśnie wtedy będzie odpowiedni moment, aby zadbać o równowagę w życiu.

Nic bardziej mylnego. Po skończeniu dużego projektu w firmie, wcale nie oznacza, że kolejny, większy się nie pojawi. To tylko mrzonki i nasze nadzieje. Prasując godzinami stertę ubrań, chyba nie sądzisz, że zaraz nie wstawisz kolejnej pralki?

Zawsze będzie coś! Odkładamy równowagę na później, racjonalizując podejmowane decyzje. Na przykład postanawiamy zostać dłużej w pracy, odpowiedzieć na jeszcze jednego smsa czy napisać jeszcze jeden rozdział książki.

To Ty decydujesz, na co poświęcasz swój czas i energię

Work-life balance nie dzieje się ot tak, po prostu. Nie dostaniemy też go od nikogo w prezencie. To Ty świadomie musisz podjąć decyzję, że zaczynasz o niego dbać. Nie jak zadzieje się coś czy coś innego. Najlepiej zacznij działać tu i teraz.

Wyobraź sobie sytuacje, że rozkręcasz swoją firmę. Jak myślisz, kiedy będzie odpowiedni moment na ten idealny stan rzeczy? Jak zarobisz pierwszy tysiąc, pięć tysięcy, dziesięć, a może sto? Co będzie dla Ciebie oznaką, że już czas?

Często wydaje nam się, że jak biznes już będzie rozkręcony, przynosił większe zyski, będziemy mieli większych klientów, to wtedy będziemy mogli sobie pozwolić na spokój. Ale czy przypadkiem wtedy nie czeka nas większa odpowiedzialność, więcej oczu będzie na nas patrzeć (w przypadku np. bloga), projekty będą poważniejsze i każdy błąd u większego klienta może ciągnąć za sobą lawinę konsekwencji? Czy w takich okolicznościach będziemy w stanie nagle się „wyluzować” i zadbać o wymarzony balans?

Życiowa równowaga nie jest zależna od czynników zewnętrznych. Jest zależna od nas samych. Bo to właśnie my o niej decydujemy. Nie nasz szef, terminy, projekt czy wyzwania, jakie stawia przed nami nasza własna firma.

Równowaga jest wtedy, kiedy to Ty podejmujesz świadomą decyzję, na co poświęcasz swój czas i energię. Jeżeli nie znajdziesz na nią czasu teraz, to nie przyjdzie ona sama później. Wszystko to kwestia ŚWIADOMYCH wyborów.

Jeśli wybierasz, że chwilowo musisz poświęcić się pracy, nie obwiniaj innych za brak czasu dla rodziny, siebie czy Twoje zainteresowania. To Ty stoisz za decyzjami, które kształtują twoje życie. Mówiąc i tłumacząc, „że taka praca”, pozostawiasz swoje życie w rękach innych.

Chcę mieć więcej czasu na…

Ciągle narzekamy na brak czasu. Rozmyślamy, co moglibyśmy robić, gdyby doba była dłuższa. Gdy głębiej przeanalizujemy swój dzień, może się nagle okazać, że czasu wcale nie mamy aż tak mało, problem jest raczej z jego efektywnym wykorzystaniem.

Tracimy często czas na zastanawianie się nad niemożliwym zamiast skupić się na tym, co jest w zasięgu ręki. Jeśli powiesz sobie: „chcę mieć więcej czasu dla rodziny”, zapewniam Cię, że możesz osiągnąć to już dziś, np. dzięki odłożeniu na bok smartfona, na którym co chwila wyświetlają się powiadomienia o nowych mejlach, lub po prostu wyłączeniu wszystkich notyfikacji związanych z pocztą, komunikatorami i innymi, podobnymi aplikacjami. Wtedy podejmujesz świadomą decyzję, kiedy sięgasz po telefon, i możesz być obecna całą sobą dla swojej rodziny.

Gdy wracasz do domu, a po głowie nadal chodzi Ci praca, Twoja uwaga z chwili, którą chciałaś poświęcić rodzinie, ciągle przekierowywana jest na sprawy zawodowe.Tym sposobem ani nie poświęcasz czasu najbliższym, ani nie za bardzo możesz skupić się na przychodzących wiadomościach. Nie jest to efektywne  wykorzystanie czasu. A tym bardziej nie zbliża Cię to do osiągnięcia życiowej równowagi. Przeplatasz ze sobą te czynności, nie skupiając się dobrze na żadnej z nich.

Nie liczy się ilość, a jakość

 Narzekamy, że za mało czasu poświęcamy dzieciom, twierdząc, że dobra zabawa to np. cały wolny, bez żadnych obowiązków weekend. Problem w tym, że taki może się nigdy nie wydarzyć. Bo zawsze będzie coś do zrobienia. A to trzeba będzie ugotować obiad, wstawić zaległą pralkę czy odwiedzić dziadków lub nadrobić coś w pracy.

Pisząc ten post, można by rzec, że nadwyrężam rodzinny weekend (i daleko mi do równowagi pomiędzy pracą a rodziną), bo robię to w niedzielne popołudnie. Robię to dziś, bo wszystko wskazuje na to, że Jula nie pójdzie przez kolejne dni do żłobka. A mój czas na pracę w tygodniu diametralnie się skurczy. Dlatego podjęłam świadomą decyzję pracy w niedzielę. Ale jednocześnie całą energię od rana poświęciłam dzieciom. No może tylko 98%, bo po wygłupach na placu zabaw, musiałam uciąć sobie piętnastominutową drzemkę:)

Chcę Ci tutaj pokazać, że po pierwsze to my sami decydujemy o tym, gdzie i jak lokujemy naszą uwagę. A po drugie – czasem ważniejsza jest jakość spędzanego z kimś czasu, a nie tylko ilość. Nie możemy porównywać jakości czasu spędzanego z dziećmi przy planszówkach do oglądania z nimi filmów.

Rozumiesz, o czym mówię?

Wiedząc, co czeka mnie popołudniu (czyli praca), poranek poświęciłam dzieciom a nie dzieciom, sprzątaniu i gotowaniu jednocześnie. Skutkowało to totalnym bałaganem w domu i opóźnionym obiadem i wielką stertą niewyprasowanych ciuchów. Ale spędzony z nimi czas był tego wart. Byłam z nimi i dla nich, całą sobą. A później ze spokojem ducha, mogłam zabrać się do pracy.

WORK-LIFE BALANCE – zacznij już dziś.

Równowagi życiowej nie osiągniesz jutro. Jedynym dobrym na nią momentem jest tu i teraz. Obiecując sobie, że zaczniemy od jutra, same siebie okłamujemy, bo ani jutro, ani za rok czy za dwa nie będzie mniej do zrobienia.

Dlatego życiowa równowaga to nie przełomowy moment w naszym życiu, a raczej:

  • umiejętność podejmowania decyzji, na co poświęcamy czas;
  • świadomość tego, co jest dla nas ważne.

I to tu i teraz!

Osiągając te dwie rzeczy, stajemy się paniami swojego czasu. Decydujemy i robimy to, co zdecydowałyśmy. Aż chciałoby się powiedzieć: as simple as that (tłumaczenie: to takie proste).

Tym sposobem mamy czas na wszystko, co jest dla nas ważne. I co najważniejsze – nie szukamy winnych, a bierzmy pełną odpowiedzialność za nasze decyzje.

A jak wygląda Twoja życiowa równowaga? Wciąż o nią walczysz? Czy już się poddałaś?

Jestem bardzo ciekawa jak sobie z tym radzisz? A jeśli sobie nie radzisz, to dlaczego? Zostaw komentarz pod postem lub napisz do mnie na geeway@geeway.pl

Jestem mamą taką jak Ty, z takimi samymi problemami i codziennymi zmaganiami. Napisz do mnie.

 

Twoja Gee

 

Continue Reading

Jak wyszłam na stałe ze strefy komforu i walczyłam do końca. Kampania czas start!

Czy już Wam wspominałam, że jestem w gorącej wodzie kompana?

I to w dodatku bardzo gorącej, bo ja uwielbiam, jak się dzieje a dzieje się, wtedy kiedy działam. Od momentu, kiedy pomysł na Rutynka pojawił mi się w głowie, chciałam go jak najszybciej zrealizować. Wszelkie sprawy, które oddalały mnie od tego celu, drażniły mnie i często demotywowały.

Ale w końcu doczekałam się startu kampanii.

I co?

I żeby nie używać od razu brzydkich słów, powiem: I WIELKIE NIC!!!

Zbliżała się godzina 12:00 w piątek 10 października a ja z przyspieszonym biciem serca, dopinałam ostatnie szczegóły. Ręce pociły mi się z podekscytowania, bo to miał być właśnie ten wielki moment.

Zegar wybił południe, a mnie wydawało się, że wpłaty zaczną zalewać mnie z każdej strony. Zalał mnie, ale zimny pot a wieczorem fala łez. Na kampanii przez pierwsze kilka dni pojawiło się kilka pojedynczych wpłat (głównie od moich znajomych i rodziny, za co jestem im ogromnie wdzięczna) a wielki czar prysł.

Nie wiem, czy kiedykolwiek cokolwiek tak bardzo mnie uderzyło. Miesiące ciężkiej pracy poszły na marne, a w dodatku ponownie się wygłupiłam. Emocje i poczucie porażki przejęły nade mną kontrolę, nie potrafiłam trzeźwo myśleć, wszystko wydawało się w ciemnych barwach.

To, że początek kampanii wyglądał, jak wyglądał, a ja miałam ochotę wszystko rzucić w diabły, miało swoje dwa podłoża.

Już pierwszego dnia wiedziałam, gdzie popełniłam podstawowy błąd. Przez to, że Rutynek palił mi się w rękach, niewystarczająco zadbałam o marketingowe zaplecze. Jak to mówi Ola Budzyńska, przy tworzeniu własnych produktów: 20% to produkt a 80% marketing. U mnie te proporcje się nieco zaburzyły. Szlifowałam produkt, a zapomniałam, że warto byłoby, żeby ktoś się o nim dowiedział. A może raczej nie zapomniałam, a za mało się do tego przyłożyłam. I taki był tego efekt.

Drugi problem leżał tam, gdzie się go kompletnie nie spodziewałam. Pierwsze dni kampanii pokazały mi, że bardzo dużo osób nie rozumie idei crowdfundingu i nie do końca chętna jest wpłacać pieniądze i czekać, dwa miesiące aż karty się wyprodukują. Spływały do mnie wiadomości stylu: Dlaczego tak długo? Dlaczego nie mogę ich od razu kupić? Nie rozumiem, na czym to polega. Poza dodaniem na stronie wspieram.to jasnej instrukcji, co należy zrobić i jakie są zasady, oraz odpowiadaniu na każdą napływającą wiadomość, niewiele więcej mogłam z tym zrobić. Tym bardziej cieszyłam się z wyniku kampanii. Bo sam początek sprawił, że zwątpiłam, czy ludzie zaufają mi i portalowi wspieram.to.

Mówią, że bez ludzi daleko nie zajdziesz

Mój mąż spędził ze mną pół pierwszej nocy kampanii, tłumacząc mi oczywiste oczywistości. Że to jest jedynie eksperyment, którego potencjalny negatywny rezultat to tylko kolejne doświadczenie. Ja to wszystko rozumiałam, ale emocjonalne przywiązanie do produktu, zdecydowanie zagłuszyło racjonalne myślenie.

Kolejnego dnia, pranie mózgu zrobiła mi moja przyjaciółka z lat szkolnych. Zastała mnie w domu z podkrążonymi po nie przespanej nocy oczami, wywleczonym swetrze i miną zbitego psa. W drzwiach padło „chyba sobie ze mnie jaja robisz”. I tak po trzy godzinnej sesji bez znieczulenia, zostałam postawiona do pionu.

Miałam wybór albo się poddam, bo popełniłam błąd albo postaram się go naprawić i będę walczyła do końca.

Bye Bye Comfort Zone

Jak zapewne wiecie, podjęłam walkę. I w ten oto sposób opuściłam chyba już na zawsze swoją strefę komfortu.

Zaczęłam raz jeszcze pukać do wszelkich możliwych drzwi i rozpowiadać o swoim produkcie na lewo i prawo. Z taką samą energią, jaką tryskałam przed startem kampanii (to kazała mi zrobić moja przyjaciółka – musisz ich zarazić taką samą miłością do tego produktu, jaką zaraziłaś mnie)

Moment przełomowy był jednym z najtrudniejszych. Mimo olbrzymiego poczucia porażki, świadomości zawalenia sprawy, musiałam wstać, pobudzić pozytywną energię i działać. Gdy przypomnę sobie, jak się wtedy czułam, naprawdę zastanawiam się, w jaki sposób wykrzesałam z siebie tę siłę, aby spróbować ten jeszcze jeden raz.

Założę się, że ktoś tam na górze, musi nade mną czuwać i w kryzysowych momentach dolewa mi jakiegoś energetyka.

Nie bój się większych „NIE” JUŻ MASZ

Przed startem kampanii próbowałam się kontaktować z wieloma blogerami, serwisami parentingowymi, a także prasą i mediami. Od co poniektórych dostawałam odpowiedzi od razu, od innych wcale a jeszcze inni kazali mi spadać na drzewo.

Wszystko odbywało się w strefie komfortu w domowym zaciszu i na ekranie mojego komputera. Gdy ktoś nie odpisał lub wypowiedział się nieprzychylnie na temat mojego produktu, brałam to na klatę. Przecież mnie nie widzą, nie słyszą i znają jedynie z tego jednego jedynego maila i zaraz na pewno zapomną.

Tak czy siak, pozytywny odzew na Rutynka był zaskakująco duży, zważywszy na moje blogowe statystyki i nie za dużą widoczność w sieci.

Dało mi to już spore podstawy do tego, aby sądzić, że zdobyłam wystarczające poparcie w sieci, aby wystartować już z kampanią. Pytanie, co to znaczy wystarczające? 2, 3, 10 osób? Tego jeszcze na tamten moment nie wiedziałam. Ale moje ego było na tyle połechtane, że wyszłam z założenia, że jakoś to będzie. Optymizm wziął górę nad racjonalizmem. A moje „wystarczające” okazało się słabo satysfakcjonujące.

Nie znałam kompletnie realiów prowadzenia takiej kampanii i błędnie założyłam, że jakoś się pewnie po sieci rozniesie. Nie zupełnie się rozniosło. A wszyscy, którzy wsparli mnie w promocji, zrobili już na tamten moment, chyba wszystko, co mogli. Za co im niezmiernie dziękuję, a moje wyrazy wdzięczności zamieściłam również w podziękowaniach na ostatniej stronie instrukcji do kart.

Minął tydzień, a w kampanii niewiele się zadziało. Jedyne co mogłam zrobić to wyjść spod swojej cieplutkiej kołderki, podjąć raz jeszcze próbę skierowania uwagi „tych „większych ode mnie” na Rutynka.

Jak mawia mój mąż, „nie” już masz, nierobiąc nic. Jak kogoś zapytasz, to w najgoryszym wypadku będziesz w tym samym miejscu. A może uda się uzyskać„tak”.

Zamiast wygodnych maili, złapałam za słuchawkę i dzwoniłam, próbując zarażać entuzjazmem do mojego produktu. Przy pierwszym telefonie, drżał mi głos, a ręce pociły się jak przed egzaminem. Ale przy każdym kolejnym telefonie czułam, że nabieram pewności siebie, a ludzie chcą ze mną rozmawiać, a nawet skorzy są do tego, żeby mi pomóc. To było niesamowite uczucie.

Do osiągnięcia celu kampanii było jeszcze bardzo daleko. Ale każdy nowo nabyty kontakt, każda relacja, sprawiały, że zaczęłam wierzyć, że czasami po prostu warto zapytać. Dziękuję wszystkim patronom medialnym za wiarę w Rutynka i wsparcie kampanii w social media.

Nieświadomi motywatorzy

Mam wokół siebie ludzi, którzy we mnie wierzą, którzy mnie motywują i robią to z pełną świadomością.Ale mam też wokół siebie grono osób, które znam, a one mnie nie. A mimo wszystko działają na mnie jak motorek napędowy w motorówce. Nazywam ich „sieciowymi dobrymi duszkami”. Są to osoby, które osiągają sukcesy, mówią o tym głośno, a jednocześnie dają mi wiarę, w to, że konsekwencją, uporem i zamiłowaniem do tego, co robimy, możemy przenosić góry.

Ola Budzyńska, Patt Flynn, Chase Reeves, Steff Crowder. I to dzięki nim odważyłam się wypuścić na światło dzienne swój pierwszy produkt. To oni, przez słuchawki podłączone do telefonu i artykuły blogowe, kładli mi to głowy biznesowe mądrości, tonę motywacji i wiarę, że to wszystko ma sens.

Dziś Ola (jako jedyna z nich) już wie o moim istnieniu. A to wszystko dlatego, że pewnego bardzo wczesnego niedzielnego poranka, naszło mnie natchnienie. Wstałam o świcie i wylałam na klawiaturę, wszystko, za co chciałam jej podziękować. A następnie wysłałam do niej maila, z nadzieją, że może kiedyś go przeczyta. Przeczytała i to już w poniedziałek. Mało tego, odpisała. Mało tego, Rutynek, skradł jej serce.To wszystko przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To było już oficjalne, Ola Budzyńska, została Matką Chrzestną Rutynka.

Nowe drogi i nieznajomi pomocnicy

W trakcie kampanii Rutynka, zaczęło spływać do mnie wiele komentarzy od rodziców dzieci autystycznych, którzy mówili o potencjale kart w komunikacji z ich dziećmi. Okazuje się, ze Rutynek jest zbliżony do metody Tecch oraz Pecs, które za pomocą obrazków ułatwiają porozumiewanie się dzieci autystycznych z ich opiekunami i na odwrót.

Zaczęłam drążyć temat, a przy okazji przekonałam się, że Internet jest pełen absolutnie cudownych ludzi. Takich, którzy chcą pomóc, służą poradą i którzy bezinteresownie wspierają Cię w Twoich działaniach. Tak jakby znali Cię od zawsze.To właśnie dzięki wielu godzinom rozmów z kilkorgiem rodziców dzieci autystycznych, temat stał mi się bliski. Poświęcili mi oni, dużo swojego cennego czasu i energii, tłumacząc zasady komunikacji z autystami. Włożyli też masę zaangażowania w promowanie Rutynka w swoich społecznościach. Nawiązanie tych relacji miało dla mnie szczególną wartość. Za to im wszystkim serdecznie dziękuję.

Na koniec kampanii, pojawiło się też wokół mnie sporo nieznajomych osób, które towarzyszyły mi w najbardziej stresującym i decydującym momencie kampanii, monitorując niemalże każdą kolejną wpłatę i dodając mi otuchy. Mój meesanger nie nadążał przyjmować wiadomości w stylu „zostało już tylko 500zł, 100zł” itd. A serwery wspieram.to, miały prawo lekko się przegrzać, przez częstotliwość odświeżeń strony przez wszystkich, którzy zaciskali kciuki.

Radiowy stres, gadka na jednym wdechu, czyli od wielkiego finału dzieli nas tylko weekend.

I tak każdego dnia otwierały się inne drzwi, a ja stawałam twarzą w twarz z nowymi wyzwaniami.

W piątek dwa dni przed końcem kampanii chwilę po 9:00 na ekranie mojego telefonu wyskoczyła wiadomość z zaproszeniem do radia eska, żeby opowiedzieć słuchaczom o Rutynku. Miałam niecałą godzinę na przygotowanie merytoryczne, opanowanie emocji i dojechanie na miejsce. Wyleciałam z domu jak burza, wciąż powtarzając w głowie najważniejsze punkty do przekazania. Rozmowę nagrałyśmy w niecałe 5 min. A moja wypowiedź na jednym wdechu, puszczana była później w serwisach informacyjnych przez kolejne dwa dni.

Chyba nie muszę Wam tutaj wspominać o poziomie mojego stresu i poddenerwowania przed i podczas nagrania?:) Gdy wyszłam ze studia, chciałam Wam opowiedzieć o tym, co właśnie się wydarzyło. Średnio się to udało, bo wszystkie emocje zaczęły ze mnie schodzić, a ja się po prostu poryczałam;)

Do osiągnięcia celu kampanii zostało jeszcze sporo pieniędzy do zebrania. Wszystko mogło pójść w jedną albo drugą stronę. Zapowiadał się bardzo emocjonujący weekend.

Urodziny męża i ostatni dzień kampanii w jednym;)

Kampania kończyła się w niedzielę. W sobotę wieczorem brakowało nam już dosłownie kilku wpłat. Kładłam się spać, nie wiedząc jeszcze, co czeka mnie następnego dnia.

W niedzielę zmęczona wszystkim emocjami i szykowaniem przyjęcia urodzinowego dla męża, pozwoliłam sobie trochę dłużej pospać. Jednym słowem przespałam sukces kampanii. Bo już niedługo po północy, Rutynek przekroczył 100% celu.

Każdy pomysł to eksperyment, a każda porażka to nowe doświadczenie

Ta kampania nauczyła mnie bardzo wiele. Nie tylko z zakresu wdrażania fizycznych produktów, choć to bardzo ważny punkt całego przedsięwzięcia. Ale także pozwoliła mi zrozumieć emocjonalną stronę pracy nad własnymi produktami i niepodważalną wartość ludzi, których masz wokół siebie.

W trakcie tej kampanii:

  • Nawiązałam więcej relacji niż podczas ostatniego roku mojego blogowania.
  • Nauczyłam się, że porażki to jedynie nowe doświadczenia, które dobrze zinterpretowane, popychają nas do dalszego działania
  • Zrozumiałam, że bez ludzi, ich pomocy i wsparcia daleko nie zajdziemy
  • Pojęłam, że „NIE” masz od razu, o „TAK” musisz zapytać
  • Na własnej skórze przekonałam się, że nie ma niemożliwego, a naszymi ogranicznikami jesteśmy jedynie my sami.

Raz jeszcze dziękuję wspieraczom i wszystkim tym, co uwierzyli w Rutynka

Końcowy wynik naszej kampanii to:

112% celu

10 084 zł

196 wpłat

 A to wszystko dzięki Wam, wszystkim tym, co wsparli, podali dalej i uwierzyli w mój produkt.

Jestem Wam niezmiernie wdzięczna i mam nadzieję, że Rutynek spełni wszystkie Wasze oczekiwania.

Chciałabym Wam wszystkim i każdemu z osobna podziękować za zaangażowanie i udział w kampanii.

Twoja Gee

 

Continue Reading

Rutynek od kuchni, czyli jak było naprawdę?

Dziś już wiadomo, że kampania Rutynka zakończyła się sukcesem. Ja mogę wreszcie odetchnąć z ulgą, a Wy już niedługo będziecie mogli cieszyć się kartami w swoich domach.

Poznaliście Rutynka w tym samym dniu, kiedy ruszyła kampania, czyli trochę ponad miesiąc temu. Pomysł w mojej głowie zrodził się już w październiku zeszłego roku.

Dlaczego tak długo to wszystko trwało?

Co powstrzymywało mnie przed szybszym zrealizowaniem projektu?

Co zrobiłam źle?

Czego się nauczałam?

O tym wszystkim chciałabym Wam dziś opowiedzieć. Nie dlatego, że mam ochotę się nad sobą pożalić lub czymś pochwalić, ale żeby pokazać Wam, że mimo trudów i chwil zwątpienia nie należy się poddawać i rezygnować ze swoich marzeń. Bo wszystko, co robimy, ma sens, nawet jeśli kończy się to totalną porażką. Bo każda porażka czegoś nas uczy, przybliża do celu i sprawia, że widzimy i rozumiemy więcej. 

Sukces bez błędów, porażek, słów krytyki po prostu nie istnieje. Musisz sto razy upaść, żeby wiedzieć, jak się podnosić; musisz zebrać milion siniaków, żeby wiedzieć, że dajesz z siebie wszystko; musisz zwątpić, żeby móc uwierzyć ponownie. Gee

Rutynek – narodziny

Gdy pomysł Rutynka po raz pierwszy zrodził się w mojej głowie, byłam bardzo podekscytowana. Myślałam tylko o tym, że skoro metoda obowiązków wypisanych na kartach papieru zadziałała u nas w domu, to musi zadziałać również u innych.

Wpadłam w wir generowania pomysłów, co zdecydowanie stanowi najciekawszy element całego procesu. Luźne niezobowiązujące myśli przeradzały się w konkretniejszą wizję. Wszystko wtedy wydawało się osiągalne i w zasięgu ręki.

Później nadchodzi czas sklejania wszystkiego w całość i porządkowanie planu. Tu zaczyna się bardziej mozolna i jak dla mnie zdecydowanie mniej ciekawa praca.

Nazwa Rutynek była pierwszą i ostatnią moją propozycją. Byłam jej pewna już od samego początku i w tym aspekcie intuicja mnie nie zawiodła, bo nazwa, a później postać Rutynka, skradła Wasze serca:) I o to właśnie chodziło:)

Z samą postacią nie było już tak łatwo. Proces tworzenia głównego bohatera trwał nieco dłużej. A zaważyło na tym głównie moje niezdecydowanie i brak sprecyzowanego pomysłu, jak Rutynek powinien wyglądać.

Osobiście jestem miłośniczą stylistyki retro i vintage. Dlatego z początku naciskałam na taki właśnie look. Tak powstała wersja 1.0. Rutynka stworzona przez Karola (fotografa, a nie grafika). Mnie podobała się bardzo, ale innym – niekoniecznie. Po pierwszej propozycji, która nie spotkała się ze zbyt pozytywnym odbiorem, zawiesiłam się i nawet trochę zniechęciłam, podważając sensowność całego przedsięwzięcia.

BŁĄD nr 1

Teraz chce mi się śmiać na samą myśl, że chciałam poddać się po pierwszej próbie. Ale trochę tak było.Skoro nikomu nie podoba się to, co zrobiłam, to po co w ogóle coś robić?!

Takim myślom mówimy zdecydowane: „nie i jeszcze raz nie” i szukamy pozytywów. Na całe szczęście nie wypuściłam w świat czegoś, czego nikt by nie kupił 😉

Naszą największą słabością jest poddawanie się. Najpewniejszą drogą do sukcesu jest próbowanie po prostu, jeden, następny raz – Thomas Edison.

Zniechęcona opiniami na temat pierwszego projektu nie umiałam spojrzeć na wszystko szerzej. Krytyka wpłynęła bardzo negatywnie na moją kreatywność i nie pozwoliła mi działać dalej. Wena nie przychodziła, a ja stresowałam się coraz bardziej.

BŁĄD nr 2

Stres i presja zabijają kreatywność, nie pozwalając nam rozwinąć skrzydeł. Działają jak blokady, przez które wena i dobre pomysły nie potrafią się przebić. Zdecydowanie tak zadziałało to u mnie.

Dlatego odpuściłam. Pozwoliłam sobie odetchnąć i odłożyłam Rutynka na bok. Zajęłam się czymś innym, ale nie przestałam o nim myśleć. Pozwoliłam swojej głowie się przewietrzyć i nabrać do wszystkiego dystansu.

Kreatywność rozkwita tam, gdzie jest bezpieczeństwo i akceptacja. Rozkwita wśród przyjaciół, więdnie wśród wrogów. Elizabeth Gilbert

I w końcu przyszło samo

Po kilku tygodniach przypomniałam sobie o Basi, graficzce z czasów gdy pracowałam dla Smyka. Miałyśmy okazję wspólnie pracować i tworzyć modowe kolekcje dla najmłodszych odbiorców. Tworzyłyśmy niezły team i już wtedy rozumiałyśmy się bez słów.

Zadzwoniłam, wyżaliłam się, a Basia od razu wiedziała, czego potrzebuję. Z dwóch nadesłanych wersji naszego bohatera wybrałam tę, która od razu do mnie przemówiła.

Mniej więcej w marcu tego roku Rutynek był bardzo bliski ujrzenia światła dziennego, ale… pojawiły się kolejne przeszkody.

Początkowo Rutynek miał być jedynie produktem internetowym, do ściągnięcia i wydrukowania w domu. Taka internatowa, prosta wersja kart, która nie wymagała dużych finansowych nakładów.

Cztery paskudne baby

Plany się pokrzyżowały, gdy na swojej drodze spotkałam cztery paskudne baby (one i tak wiedzą, że je kocham), z którymi w międzyczasie założyłam grupę przedsiębiorczych kobiet Master Mind. Na jednym z naszych spotkań przedstawiłam im Rutynka, opowiedziałam o całym planie i zapytałam o opinię.

W skrócie: totalnie zrujnowały moją wizję wypuszczenia Rutynka na światło dzienne w ciągu najbliższego miesiąca.

– Nie możesz wrzucić Rutynka na domową drukarkę – mówiły. – Straci cały swój urok, kartka z drukarki szybko się zniszczy, to nie ma sensu. Rutynek zasługuje na porządny papier, nasycony kolor i solidne opakowanie.

Podcięte skrzydła

Wróciłam do domu z podciętymi skrzydłami, resztkami energii i brakiem motywacji do dalszego działania. Przecież byłam tak blisko, a one twierdzą, że to wszystko nie ma sensu. Złościłam się, bo w głębi czułam, że mają rację.

Irytowałam się, bo lubię wdrażać projekty w życie, a nie rzeźbić je miesiącami. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze sporo pracy. Znowu…

BŁĄD nr 3

Krytykę mojej pracy przyjmuję bardzo osobiście. Mam czasem poczucie, że opinia na temat moich projektów, to opinia na temat mojej osoby.

Nic bardziej mylnego. To że pomysł nie wypalił, nie oznacza, ze my sami jesteśmy nieudacznikami.To, co robimy w biznesie, to eksperymenty. Bez nich nie jesteśmy w stanie osiągnąć celu. Jeśli eksperyment się nie udaje, trudno – będzie następny. A to kim jesteśmy definiujemy przez umiejętność podnoszenia się i działania ten jeszcze jeden raz.

Zatem otrząsnęłam się i zaczęłam obmyślać plan

Ale jak to wszystko sfinansować?

Plusem zrobienia produktu stricte internetowego był niski finansowy nakład z mojej strony. Opcja fizycznych kart to już niestety większe przedsięwzięcie i spore koszty.

Obawiałam się tej opcji, bo już raz utopiłam sporą sumę pieniędzy w czymś, czym ludzie niespecjalnie byli zainteresowani. Dlatego tym razem chciałam jak najbardziej ograniczyć ryzyko.

Tak powstał pomysł na kampanię crowdfundingową, dzięki której mogłam:

  • przetestować zainteresowanie klientów,
  • sprawdzić, czy produkt znajdzie swojego odbiorę,
  • zebrać finansowanie na realizację całego przedsięwzięcia.

Jeżeli taka przedsprzedaż by się nie powiodła, jedyne ryzyko jakie ponoszę, to brak środków na realizację projektu, równoznaczne z brakiem zainteresowania ze strony rynku. Wtedy cały eksperyment zostaje zakończony bez większych kosztów (poza poświęconym czasem).

Jeżeli kampania się udaje, to znak, że produkt się podoba i warto dalej działać. Dzięki temu uzyskuję finasowanie i zdecydowanie łatwiej jest mi wystartować.

W ten oto sposób stworzyłam sobie kolejny duży projekt do zrealizowania.

Klasyk – Najpierw robię, później myślę

Dokładnie tak, jak mam to w zwyczaju, najpierw zrobiłam, a później pomyślałam.

Zamiast najpierw zająć się sprawami mozolnymi (typu przeczytanie wszystkich informacji na temat tego typu kampanii), z wielkim podekscytowaniem rzuciłam się na najciekawszy element całego przedsięwzięcia, czyli robienie filmiku promocyjnego.

I tym sposobem z moim bratem nakręciliśmy filmik, przy którym była oczywiście świetnie się bawiliśmy. A cała masa podpunktów dotycząca stworzenia takiej kampanii leżała odłogiem.

Zastał nas kwiecień. Coś tam przeczytałam na temat crowdfundingu, ale – mówiąc szczerze – nie poświęciłam temu więcej niż dwa dni. To było takie nudne i tak totalnie nieekscytujące…

BŁĄD nr 4

Całość należy realizować równomiernie. Rzeczy ciekawe, przeplatać z mniej ekscytującymi. To pomaga utrzymać energię podczas całości, a nawet większości prac. Niby to wiem, ale tym razem zupełnie się do tego nie zastosowałam.

„Twoja prawdziwa praca to branie się w garść we wszystkich fazach procesu twórczego. Wszystko od czasu do czasu jest do dupy. Musisz wiedzieć, jakie beznadziejne okoliczności jesteś gotowy znosić. Prawidłowe pytanie brzmi: Co pasjonuje cię na tyle, żebyś potrafił znieść najbardziej nieprzyjemne aspekty tej pracy?” Elizabeth Gilbert

Już prawie to mam, ale….

Wybrałam platformę, stworzyłam cały opis kampanii, wrzuciliśmy filmik no i wydawałoby się, że już prawie wszystko gotowe.

Planowany start kampanii, zaraz po naszych wakacjach. Ustaliłam nieodwołalny termin startu 6 czerwca.

Z wakacji w maju wróciłam totalnie rozbita. Wybiłam się z rytmu pracy i ciężko było mi zebrać myśli. Jak zwykle w takich sytuacjach wołałam o pomoc swojego osobistego specjalistę ds. sprowadzania mnie na ziemię – mojego męża.

Zwykle jest tak, że tylko gdy poproszę go o pomoc, to zazwyczaj wszystko mi opada. Spojrzał dogłębniej na mój plan i jemu też wszystko opadło.

Dla sprostowania – ja – jestem działaczem, robota pali mi się w rękach, jak już wspomniałam wcześniej – robię, potem myślę. Mój mąż natomiast 25 razy sprawdzi i przemyśli, potem znowu przemyśli, a następnie konsekwentnie i ostrożnie działa. Jednym słowem tworzymy niezły zespół, bo on szybciej myśli, a ja robię 😉

I tak nadszedł ostateczny termin na rozpoczęcie kampanii – a ja, po rozmowie z mężem, na liście miałam masę rzeczy, którymi powinnam zająć się jeszcze przed startem.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wkurzona byłam, że w ogóle poprosiłam go o pomoc. Jednak trwało to tylko moment, bo zaczęło do mnie docierać, że on znowu ma rację.

BŁĄD nr 5

Nie wiem, czy to wada czy zaleta. Pewnie zależy od okoliczności. Zdecydowanie nie lubię dłubać, wyszukiwać informacji i analizować. Wolę działać. Choć jak się okazuje, czasem warto pomyśleć. Jeśli jesteś taka jak ja, znajdź sobie kogoś, kto jest bardziej analityczny i skrupulatny. Jeśli jesteś z tej drugiej grupy, zdecydowanie miej przy sobie aktywatora 😉 Nie ma raczej osób 2w1, dlatego dobrze jest się uzupełniać. I to najlepiej na każdy etapie projektu.

Z perspektywy czasu decyzja o wstrzymaniu startu kampanii była jedną z lepszych, jaką podjęłam.

Upadłam ponownie

Perspektywa kolejnych miesięcy pracy podcięła mi skrzydła, ale podniosłam się, zebrałam w sobie i działałam dalej.

Tym razem zajęłam się kontaktami w sieci, pisaniem e-booka (który był jedną z nagród podczas trwającej kampanii) oraz dopinaniem kampanii finansowo.

Powyższymi zadaniami zajmowałam się do września. Wakacje nie są najlepszym czasem ani na informowanie świata o swoim produkcie, ani na motywację do działania.

Wytrwałam, odhaczyłam, a kampania w końcu ruszyła.

„Ukończenie czegoś jest już osiągnięciem samym w sobie. I do tego rzadkim. Ludzie nie kończą! Pełni zapału rozpoczynają ambitne projekty i grzęzną w niepewności i wątpliwościach.” Elizabeth Gilbert

Ale czy zrobiłam wszystko, co powinnam? Czy aby na pewno dobrze się przygotowałam? Co mogłam zrobić lepiej? Dlaczego z początku spisałam kampanię na straty? Kto mi pomógł? Jak wyszłam na stałe ze strefy komfortu? Jak walczyłam do ostatniego momentu? I czego się nauczyłam?

O tym wszystkim napisze Wam już w kolejnym poście.

Twoja Gee

Continue Reading

Jak wyjść rano z dzieckiem o czasie i nie spóźnić się do pracy?

Nie macie czasem wrażenia, że gdy z dziećmi trzeba być gdzieś na czas, rzadko kiedy się to udaje? A jeśli już nawet się udaje, to odbywa się to w dość stresującej atmosferze?

U nas spóźnianie się i gnanie na łeb na szyję to był codzienny klasyk.

Nie ważne jak wcześnie wstawaliśmy, dzień w dzień mieliśmy problem z dotarciem tam, gdzie trzeba na czas.

Gdzie leżał problem?

Ubrania na rano szykowaliśmy wieczorem, wstawaliśmy nieco wcześniej, a owoce na poranną owsiankę kroiliśmy już po kolacji. Robiliśmy wszystko, żeby nasze poranki były sprawniejsze. Więcej znajdziesz tutaj.

Wszystko wydawało się być zorganizowane i dopięte na ostatni guzik. Wystarczyło tylko wstać, zjeść śniadanie, ubrać się i wyjść.

Proste prawda?

A jednak nie do końca!

Taka organizacja działa, gdy nie masz dzieci;)

Gdy je masz, każdy nawet najbardziej zorganizowany poranek, może zakończyć się totalną klapą.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo najzwyczajniej w świecie naszym dzieciom nie spieszy się tak bardzo jak nam;)

One mają wiele innych fajniejszych rzeczy na głowie niż wyszykowanie się do żłobka, przedszkola czy nawet szkoły. Więcej o tym, dlaczego tak się dzieje, znajdziesz tutaj.

I gdy prosimy nasze dzieci o ubranie się, umycie zębów czy pościelenie łóżka, zapewniam Cię, że są to ostatnie rzeczy do zrobienia na ich liście.

Wtedy wszystko się zaczyna!

10 x mówisz umyj zęby

25 x powtarzasz ubierz się

48 x upominasz pościel łóżko

Ignorowanie, ociąganie się, totalna asertywność.

Brzmi znajomo?

I nawet gdybyście dołożyli wszelkich starań, żeby wyjść o czasie z domu, takie sytuacje sprawiają, że wszystko wymyka się spod kontroli.

Jak zachęcić dzieci do porannych obowiązków?

Dzieci muszą chcieć wykonywać poranne obowiązki, żeby wykonywały je bez upominania.

A żeby chciały, jakoś powinniśmy je zachęcić;)

U nas odbywa się to poprzez zabawę z Rutynkiem.

Zabawa polega na odhaczaniu wykonanych zadań i odwracania ich buźką do góry. Dzięki kartom Ignaś zdecydowanie chętniej stawia czoła codziennym, nudnym czynnościom, na które nie zawsze ma ochotę.

Rutynek powoli i konsekwentnie buduje w Ignasiu dobre nawyki i pomaga mu nie zapomnieć np. o umyciu zębów.

A my nie musimy w kółko powtarzać i upominać;) Uff cóż za ulga;)

Prawda jest taka, że poranki dla większości rodziców są stresujące!

Nasze, dzięki Rutynkowi idą jakoś, tak nieco łatwiej. Ale wiadomo nie zawsze, bo bywają dni kiedy Ignaś nie ma ochoty na nic. Albo się nie wyśpi, albo nie ma nastroju na zabawę, albo jeszcze milion innych rzeczy. Wiadomo – życie. Wtedy odpuszczamy i pomagamy mu przejść przez poranne czynności.

Tak czy siak Rutynek odwala kawał dobrej roboty. Dzięki niemu:

  • Ignaś utrwala sobie swoje poranne obowiązki
  • Mniej marudzi, że mu się nie chce
  • Nie ociąga się (aż tak bardzo;))
  • Wie, co jest z rana do zrobienia i mniej się buntuje
  • A MY JUŻ TAK BARDZO SIĘ NIE SPÓŹNIAMY;)

Pozdrawiam,

Twoja Gee

Continue Reading

Co sprawiło, że moje dziecko zaczęło mnie słuchać?

Pewnie się zastanawiasz i zachodzisz w głowę, czy to jest w ogóle możliwe. Krótko odpowiem, że jest.

Jest milion sytuacji w których chciałybyśmy, żeby dzieci nas słuchały. Metod i technik proponowanych przez specjalistów jest zatrzęsienie. Każdy ma swoje racje i każdy ze sposobów znajdzie swoich zwolenników.

Kilku sama używam i działają

Problem u mnie zaczynał się wtedy, gdy w nasz dzień wkradał się pośpiech.

Najczęściej działo się to z samego rana. Bo przecież do pracy wyjść trzeba i dzieci do przedszkola czy szkoły odwieźć.

Moje dziecko, jak na złość właśnie rano najczęściej odmawiało współpracy (tu znajdziesz odpowiedź dlaczego).

Czasami nie chciało się ubierać, myć zębów, jeść śniadania a czasami te wszystkie czynności po prostu przedłużało. Zaczynałam się wtedy denerwować, co oczywiście pogarszało całą sytuację.

Metody? W pośpiechu? Chyba same wiecie, jak to jest.

Byłam zmęczona i sfrustrowana. Nie lubiłam naszych poranków.

Szukałam, pytałam, testowałam, aż w końcu znalazłam rozwiązanie!

Korzystamy z tej metody już od ponad pół roku. Korzystają też moi znajomi.

DZIAŁA!

Okazuje się, że dzieci jednak potrafią nas słuchać i robić to, o co je prosimy:)

Metodą są karty, które sama stworzyłam

Karty obowiązków dla naszych maluchów, które pomagają im w wykonywaniu obowiązków, o które my rodzice, w kółko prosząc, strzępimy sobie tylko język.

Karty z założenia przeznaczone są dla dzieci w wieku od 2-10 lat, ale sprawdzają się też czasem u starszych:)

Karty nie są jeszcze w sprzedaży, ale mogą być już wkrótce.

Za moment przekieruję Cię na stronę, gdzie dowiesz się o nich więcej. Ale zostań ze mną jeszcze minutę.

Ruszyła właśnie kampania crowfundigowa, której celem jest uzbieranie kwoty pieniędzy potrzebnej na produkcję kart.

Jeśli Tobie takie karty, też by się przydały, potrzebna jest Twoja pomoc i wsparcie kampanii.

Jak to zrobić dokładne instrukcje znajdziesz tutaj.

W skrócie:

  1. Wybierasz jedną z proponowanych nagród (zazwyczaj są to karty plus jakiś gratis)
  2. Dokonujesz płatności
  3. Udostępniasz link do kampanii wszystkim znajomym, którym karty również by się przydały. Zwiększa to naszą wspólną szansę na sukces:)
  4. Trzymasz kciuki, żeby kampania się udała:)

Karty będą mogły się zmaterializować wtedy, gdy kampania osiągnie 100% założonego celu.

Liczy się każde wsparcie i każde udostępnienie kampanii.

Jeśli kampania osiągnie sukces, ja uwijam się z produkcją, tak szybko, jak to tylko możliwe, a karty (wraz z innymi wybranymi nagrodami) najpóźniej pod koniec listopada, pukają do Twoich drzwi.

Jeśli kampania się nie uda, WSZYSTKIE WPŁACONE PRZEZ CIEBIE ŚRODKI WRACAJĄ NA TWOJE KONTO.

Czyli ryzyko żadne, a możesz sprawić, że KARTY zaczną pomagać Tobie, jak i wielu innych rodzinom:)

A teraz zapraszam do zapoznania się z kartami:)

Jeśli masz jakieś pytania lub wątpliwości, napisz do mnie:) Jestem do Twojej dyspozycji:)

Twoja Gee

geeway@geeway.pl

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading

Wciąż prosisz i powtarzasz, a Twoje dziecko ma Cię w d….

Prosisz kilkukrotnie o coś swoje dziecko, a czujesz się jakbyś wciąż mówiła do ściany?

 Starasz się podejść je sposobem, ale niewiele to daje, bo w odpowiedzi słyszysz ciszę lub przeszywające NIE?

 Zdarza Ci się unieść, bo ileż razy można powtarzać, ale wtedy zwykle jest jeszcze gorzej?

Mogę powiedzieć Ci jedno: nie jesteś osamotniona.

Chyba każdy rodzic przez to przechodzi.

Nic mnie bardziej nie wyprowadza z równowagi niż lekceważenie moich próśb typu: sprzątnij, proszę, w pokoju, umyj zęby czy pościel łóżko.

Z reguły staram się być miła i spokojna, mówić zachęcającym tonem i nie wprowadzać niepotrzebnie nerwowej atmosfery. Rezultaty są wtedy 50:50. Raz się udaje, a raz nie ma mowy o współpracy.

Przecież z nim rozmawiam, tłumaczę, zachęcam

ale czasem czuję się, jakbym rzucała grochem o ścianę!

Mycie zębów, ubieranie się, ścielenie łóżka, odstawianie naczyń do zlewu to czynności, które niezmiennie powtarzają się każdego dnia. Wychodzę z założenia, że dyskusje czy sprzeczki na ich temat są absolutnie zbędne i zabierają nam bardzo dużo czasu, energii i cierpliwości.

Niestety Ignaś wielokrotnie się przeciw nim buntował, przedłużał i mówił, że ich nie zrobi.

Przez takie sytuacje spóźnialiśmy się często do przedszkola. Rozstawaliśmy się też w mało ciekawej atmosferze. Bo już o poranku zdążyliśmy się wszyscy na siebie zezłościć. Później Ignaś przepraszał i mówił, że już będzie nas słuchał, gdy go o coś prosimy. Następnego dnia sytuacja powtarzała się.

To mnie wykańczało. Wieczne powtarzanie, proszenie, rozmowy, że tak nie można. Znacie to? Czułam, że wszystko wymyka się spod kontroli. a my denerwowaliśmy się, że jesteśmy bezradni.

Byłam w kropce. Miałam wrażenie, że moje wysiłki i dobre chęci idą na marne. Moje dziecko zaczęło dorastać, a chęć bycia niezależnym stawała się coraz bardziej wyraźna.

Im dziecko starsze, tym więcej dyskusji, przedłużania, buntu, podkreślania własnego zdania i tekstów w stylu: „no i?” „dlaczego mam robić to, co Ty mi każesz?” i wiele innych.

Spędziłam godziny, dni, tygodnie, a nawet miesiące na szukaniu właściwego rozwiązania. Szukałam informacji w Internecie, przeczytałam mnóstwo książek, pytałam innych mam. Aż w końcu doszłam w czym rzecz.

Dzieci mają obowiązki w d…, z tego samego powodu co Ty!

Dla nas dorosłych oczywiste jest, że codziennie musimy się umyć, ubrać, zjeść śniadanie. Dla dzieci ten aspekt jest daleki od oczywistości. Te czynności to jedynie “przeszkadzajki”, które odciągają je od fajnych rzeczy.  Dlatego, gdy prosiliśmy o coś Ignasia, on odpowiadał “zaraz” i wracał do świata zabawy. Po czym oczywiście, po chwili zapominał o tym, co miał o zrobienia.

Wkraczaliśmy w jego świat z niewygodnymi wymaganiami, gdy on w głowie miał jedynie zabawę. Trudno się dziwić to jeszcze dziecko.

My dorośli, choć ciężko się pewnie niektórym przyznać, też nieraz mówimy sami sobie “zaraz”, odkładając mniej przyjemne rzeczy na potem (czyt. obowiązki). Zanurzamy się w strefę komfortu jak np. oglądanie seriali, czytanie książek czy inne. Udając, że nie mamy nic do zrobienia. Czyż nie?

To się moi mili nazywa prokrastynacja, czyli odkładanie nieuniknionego na później.

Dlatego nie dziw się, gdy np. prosisz swoje dziecko o zakończenie zabawy i sprzątniecie klocków, on jest daleki od spełnienia Twojej prośby. Odrywasz go od zabawy, czegoś przyjemnego, a prosisz o sprzątanie!

Come on!

Rozumiesz, w czym rzecz?

W całej tej układance zabrakło nam jednego elementu

Gdy Ignaś był mniejszy, nasza współpraca była rewelacyjna. Wszystko odbywało się według pewnych schematów i planu. Znał rytm dnia i wszystkie rytuały. Wiedział, że gdy je kolację, zaraz będzie książeczka na dobranoc i czas spania. Świetnie się w tym odnajdował i rewelacyjne z nami współpracował. Nie miał zbyt wielu obowiązków, a we wszystkim pomagali rodzice.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy zaczęliśmy od Ignasia więcej wymagać, a jednocześnie jego poczucie niezależności i własnego zdania zaczęło się rozwijać.

Zaczął się sprzeciwiać, przedłużać i nie robić tego, o co go prosimy. Skupiliśmy wtedy całą uwagę na rzekomym buncie, zaniedbując przy tym naszą… codzienną rutynę.

Zapomnieliśmy o fundamentach dobrej komunikacji z Ignasiem. O tym, że przecież dzieci lubią wiedzieć, co po czym następuje. Bo przecież, gdy znają plan, rytuały i zasady, czują się bezpieczniej i lepiej wtedy współpracują.

Niemowlaki czują się bezpiecznie, gdy rodzice poruszają się w powtarzalnym rytmie dnia. Daje to maleństwu poczucie komfortu, że wszystkie jego potrzeby zawsze będą na czas zaspokojone. Bo gdy mamusia kąpie, to wiadomo, że zaraz będzie karmienie. Codziennie przecież tak jest, prawda?

W przypadku dzieci starszych odnosi się to bardziej do zasad ogólnie panujących w domu. Dzieci poruszające się w środowisku, gdzie określony schemat dnia powtarza się codziennie, czują się bezpieczniej, ponieważ wiedzą:

  • jaki jest plan dnia oraz co po czym w ciągu dnia następuje;
  • czego oczekują od nich rodzice;
  • jakie są ich codzienne obowiązki, gdyż taką listę wspólnie z rodzicami stworzyli.

No dobra, ale jak ma się prokrastynacja do rutyny?

Codzienne obowiązki najlepiej wykonywać rutynowo, bez większego zastanawiania i rozczulania, że nam się nie chce. Gdybym tak codziennie rano dywagowała, czy chce mi się wstawać, myć i iść do pracy, traciłabym jedynie swoją energię. Bo oczywistym jest, że te rzeczy muszę zrobić.

Tak samo powinno być z dziećmi. Codzienne obowiązki i tak trzeba wykonać.

Bo jak to tak w piżamie i bez mycia zębów do przedszkola?

A im więcej my upominamy dzieci i im bardziej one się sprzeciwiają, tym więcej tracimy wszyscy energii na przepychanki, sprzeczki i konflikty.

Dlatego codzienne obowiązki najlepiej zamienić w nawyk.

A nawyk to nic innego jak zautomatyzowana czynność, którą nabywa się w wyniku ćwiczenia (według Wikipedii).

Znalazłam rozwiązanie!

Połączyłam dwie rzeczy:

BUDOWANIE NAWYKÓW

i

ELEMENT ZABAWY

Tak, aby zachęcić Ignasia do codziennych obowiązków poprzez zabawę. A jednocześnie konsekwentnie wypracowywać w nim nawyk, wykonywania tych wszystkich, mniej przyjemnych, czynności w ciągu dnia.

Spisałam wszystkie czynności, jakie Ignaś powinien robić rano. Wszystkie obowiązki umieściłam na osobnych kartkach tak, aby były bardziej czytelne i łatwiejsze do zapamiętania.

Pokazałam je Ignasiowi. Wspólnie ustaliliśmy, które z kart będą należały do jego obowiązków, a w których potrzebuje jeszcze pomocy. Ustaliliśmy, że będziemy do nich codziennnie wspólnie zaglądać, a on będzie odkładał wykonane zadania na bok.

Karty bardzo mu się spodobały, wieczorem je przeglądał i czytał wszystkie napisy. Rano rozłożyliśmy je na blacie w kuchni i zaczęliśmy naszą przygodę.

Jak nam szło?

Z początku z wykonywaniem samych czynności było różnie. Trochę narzekał, że nie chce mu się ich wszystkich wykonywać, że za dużo itd. Podobała mu się jednak idea odkładania karteczek na bok.

Tak dzień w dzień, wracaliśmy do Rutynka, czasem z większym, czasem z mniejszym zaangażowaniem. Ale codziennie.

Chwaliliśmy Ignasia za samodzielność i dziękowaliśmy za pomoc w organizacji dnia. Mówiliśmy mu, że jest to dla nas bardzo ważne i docenialiśmy, że się angażuje.

Aż pewnego razu Ignaś rano przyszedł do kuchni, oznajmiając nam, że już się umył, ubrał, pościelił łóżko i jest gotowy do śniadania.

Szczękę zbierałam z podłogi! Pierwszy poranek, bez upominania, napiętej atmosfery, zbędnego pośpiechu.

Mamy to! Mamy nawyk!

 – „Skoro zadziałało to u nas, to może zadziała u innych” – pomyślałam.

Tak powstał Rutynek, czyli karty codziennych obowiązków dla dzieci

Rutynek to mały pomocnik Twojego dziecka. Za pomocą kart, krok po kroku, pokazujesz mu jakie obowiązki powinien wykonać rano, w ciągu dnia i wieczorem.

Karty pomagają sprawnie, bez narzekania, a często nawet z uśmiechem na twarzy, przejść przez kolejne etapy dnia.

Zamiast słuchania zrzędliwych rodziców, którzy zawsze czegoś chcą, dziecko ma okazję do samodzielnej zabawy w odhaczanie obowiązków.

ZAMIAST UPOMINANIA – FAJNA ZABAWA

ZAMIAST ZŁOŚCI – PRZYJEMNA ATMOSFERA

ZAMIAST MARNOWANIA CENNYCH MINUT I GODZIN NA PRZEPYCHANKI, CZAS NA TO, CO ZDECYDOWANIE PRZYJEMNIEJSZE 

Rutynek nie jest jeszcze w sprzedaży. Obecnie ciężko pracuję nad sklepem w którym karty będą dostępne. Jeśli jesteś zainteresowana, możesz zapisać się na listę oczekujących, a ja powiadomię Cię o starcie sprzedaży.

Zapisać możesz się tutaj

Czy to działa?

Oczywiście!!!

Z Rutynkiem zaprzyjaźniło się nie tylko moje starsze dziecko, ale też dzieci moich znajomych. Wszyscy jednogłośnie mówimy, że to działa.

Pani Miniaturowa: Rutynka testujemy z synem od dwóch tygodni. Choć jesteśmy już nieco “za duzi” na tego rodzaju rozwiązania, u nas sprawdza się świetnie. Dlaczego? Ponieważ moje dziecko musi samodzielnie odprawiać się do szkoły, a Rutynek pomaga mu sprawdzić, czy z rana zrobił wszystko co powinien. Mój syn odziedziczył po mnie poranne roztrzepanie. Pamiętam, jak moi rodzice wiele razy prosili mnie “idź się umyj”, “zrobiłaś już to?”, a “zrobiłaś już tamto?”. A ja wiecznie półprzytomna z rana nie rozumiałam o co im chodzi, czemu już dziesięć razy powtarzają to samo 😉 Chciałam oszczędzić mojemu dziecku takich wspomnień, dlatego uznałam, że Rutynek to coś, co nam pomoże. Syn teraz bezproblemowo wychodzi do szkoły i nie musimy się oboje martwić, synek w domu, a ja w pracy, czy zrobił wszystko co miał. Teraz na spokojnie mogę jeździć na 7:00 do pracy i nie muszę wydzwaniać do syna, czy aby na pewno zrobił to i tamto. Teraz gwarantuje mi to uśmiechnięta buźka na kartach Rutynka. Jeżeli pragniesz wspomóc swoje dziecko w nauce samodzielności lub chcesz wyrobić w nim dobre nawyki i zadbać, by bez Twojego rodzicielskiego marudzenia chętnie wykonywał poszczególne czynności w ciągu dnia, koniecznie spraw sobie karty Rutynek. 

Polecam, 

Pani Miniaturowa, mama taka sama jak Ty, tylko miniaturowa.

INSPIRACJE MAMYZ rutynka korzystaliśmy kilka razy w wakacje i mam bardzo pozytywne odczucia- Igor angażował się w wykonywanie zadań z kart.

MAMA POZA SCHEMATAMI: Filip bardzo się  zaciekawił, gdy karty do nas doszły. Z chęcią przyglądał się jak je rozkładam.  U nas Rutynek działa bardziej jak takie złote hasło, bo Filip sam o nich szybko zapomina. Ale słowa:  “Ale wiesz jak jest w rutynku? Co robimy po przyjściu z dworu?” działają i idzie umyć ręce.  Jest “mniej walki” pytanie czy to przypadek, czy zasługa Rutynka?:) Karty są bardzo dobrze wykonane. U nas były rzucane, deptane… i wyglądają cały czas tak samo.

Ewa: Karty Adasiowi się bardzo spodobały. Cieszy się kiedy je odwraca buźką do góry. Ograniczyliśmy liczbę kart, bo na niektóre jest jeszcze za mały.

Ania: Korzystamy codziennie. W pierwszy dzień przy kolacji było ogromne zainteresowanie. Mój mąż wszystko Jagodzie wytłumaczył. Rano wstała niewyspana i nie chciała się ubierać, ścielić łóżka, dzień jak co dzień. Na co mąż powiedział, że idzie po karty i sprawdzimy co musimy zrobić rano. Przyszedł, a łóżko było pościelone;) Karty sa wygodne, maja jasny i rzeczowy przekaz, idealny dla dzieci. Generalnie produkt uważam za udany

Ewa:  Kolejność ustawiania kart poszła super. Karty są przejrzyste i logiczne dla małych 

Pozdrawiam, Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading

Twój przedszkolak idzie do szkoły – czy jesteście już gotowi?

Mam ochotę wykrzyczeć „ Kiedy ten czas tak zleciał?!”

Poważnie, nie wierzę! Zostało parę dni do rozpoczęcia roku szkolnego, a ja pojąć nie mogę, że za chwilę moje dziecko idzie do pierwszej klasy. Zaraz usiądzie w szkolnej ławce, a zanim się obejrzę pójdzie pewnie na studia….

Nic tylko wyjąć wszystkie albumy ze zdjęciami, przygotować paczkę chusteczek, zagrzebać się pod koc i z łezką w oku powspominać miniony czas.

Czy Ty też się tak rozklejasz na samą myśl o tym, że twoje dziecko lada moment przekroczy szkolne progi?

Zanim popłynie Ci cały makijaż i rozpłaczesz się na dobre, zastanów się, czy aby na pewno wszystko już macie gotowe. Zrób szybką check listę, a potem możesz szlochać dowoli;)

WYPRAWKA KUPIONA?

Lista rzeczy potrzebnych do pierwszej klasy przygotowywana jest często przez wychowawcę. Jeśli nie otrzymałaś jej na zebraniu przed rozpoczęciem roku, zapytaj o nią w pierwszych dniach szkoły. Powinnaś dostać konkretną listę, ile jakich bloków, zeszytów, kredek, farb i innych zakupić.

Jeśli nie otrzymałaś jeszcze takiego spisu, a chcesz już kupić wyprawkę, możesz skorzystać z naszej. Podejrzewam, że w większości produkty powinny się pokrywać. Wyprawka ucznia klasy pierwszej 2017

My zakupy mamy już za sobą. Dobrze wiecie, że markety i wielkie zakupowe wyjścia są nie w moim stylu. Więc nie zaskoczę Was, mówiąc, że zrobiłam to sprawnie, szybko i przez Internet;) W komfortowych warunkach, bez marketowego zgiełku i hałasu wybieraliśmy poszczególne elementy wyprawki.

Plecak, piórnik, worek, zeszyty, bloki, kredki, długopisy, plastelina, bidon, śniadaniówka to wszystko udało się nam zamówić za jednym zamachem. Maksymalna oszczędność czasu i wygoda w jednym, czyli to, co tygryski lubią najbardziej;)

   

Za udane zakupy dziękujemy eplecaki Olbrzymi wybór akcesoriów szkolnych. Świetna obsługa i szybka wysyłka.

STRÓJ GALOWY DOBRANY?

Na samo wspomnienie stroju galowego z dzieciństwa robi mi się niewygodnie. Sztywna biała koszula i plisowana granatowa spódniczka, to koszmary z mojego dzieciństwa. Dziś na szczęście strój na rozpoczęcie roku może być nieco wygodniejszy i o niebo ciekawszy. Aczkolwiek pierwszy dzień w szkole to wydarzenie poważnej rangi. Dlatego nie polecam zbytniego wyluzowania w tym temacie. Ważne jest by strój był w klasycznych kolorach, krojem zachowywał powagę wydarzenia, natomiast resztę pozostawiam Waszej wyobraźni.

Zadbaj o to, żeby Twoja pociecha wyglądała uroczyście, ale czuła się przy tym swobodnie. Strój powinien być wygodny i przewiewny, ale warto pomyśleć o czymś do narzucenia.

Nie zapomnij  o dodatkach, te nadadzą dziecięcej lekkości całej stylizacji.

Poniżej przygotowałam dla Was kilka propozycji dla chłopca i dziewczynki.

Wszystkie pokazane na zdjęciach produkty dostępne są w sklepach SMYK

KĄCIK DO NAUKI PRZYGOTOWANY?

Kącik do nauki dla Ignasia, powstał u nas już jakieś pół roku temu. Początkowo miał służyć do rysowania, pisania i robienia zadanek, ale szybko zamienił się w wystawkę na lego i dobry blat do przyklejania naklejek.

Czasu do rozpoczęcia szkoły zostało niewiele, więc postanowiliśmy zabrać się za jego odgruzowywanie. Sprzątnęliśmy zestawy ninjago, wyszorowaliśmy naklejki i teraz prawie wygląda jak nowe;) Ciekawe tylko na jak długo;)

Ważne by dziecko miało swój osobisty kącik w którym może w spokoju odrabiać lekcje. Nie powinno robić tego na kolanie, w kuchni czy w salonie przed telewizorem. Im lepiej zagospodarowana przestrzeń do odrabiania lekcji tym, podobno więcej chęci do nauki;)

Świetne propozycje kącików dla chłopca i dziewczynki przygotowała Marysia z Mamygadżety, po inspiracje zapraszam tutaj. Czy widzicie jakieś podobieństwa w naszych kącikach dla chłopców?;)

ORGANIZACJA DNIA ZAPLANOWANA?

Nie wiem jak jest u Was, ale mnie ten element pójścia Ignasia do szkoły przeraża najbardziej. Trochę nam to zajęło, ale nauczyliśmy się wyrabiać do przedszkola na godzinę 9:00 i uważam to, za nie lada sukces.

Lekcje na godz. 8:00 to dla mnie na ten moment organizacyjna abstrakcja. Nie wspominając już o wygospodarowaniu czasu na odrabiane lekcji, pakowanie plecaka i innych związanych ze szkołą dodatkowych obowiązków.

Przeraża mnie to na tyle, że już jakiś czas temu zaczęłam pracować nad rozwiązaniem, które pomoże nam, ale mam nadzieję, że i Wam w codziennej organizacji dnia. Jeszcze nie mogę wszystkiego zdradzić, ale obiecuję, że najpóźniej 9 września dowiecie się, co takiego wykombinowałam;) A poniżej drobny zwiastun;)

Twój i mój przedszkolak za kilka dni stanie się pierwszoklasistą. Jest to bardzo ważne wydarzenie i nielada wyzwanie. Zarówno dla Ciebie, dla mnie, ale też dla naszych dzieci. Zadbajmy o wyprawkę, strój galowy, kącik do pracy i organizację dnia, ale w tym całym zamieszaniu nie zapomnijmy, kto tego dnia jest najważniejszy. Wspierajmy swoje maluchy, dodajmy im otuchy, bądźmy przy nich, a gdy będziemy przekraczać szkolny próg, złapmy je  mocno za rękę i powiedzmy:

Kocham Cię i jestem tu z Tobą.

Ja już płaczę, nie wiem jak Ty….

Życzę Wam powodzenia na nowym etapie życia, a w szkole samych sukcesów.

Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

 

Continue Reading

Mamo, odłóż w końcu ten telefon… czyli jak być obecnym rodzicem.

Moja historia

To było popołudnie jak każde inne, odebrałam dzieciaki i odwiozłam je do domu. Szykując obiad, próbowałam jeszcze jedną ręką na telefonie odpisywać na maile, które tego dnia spływały jak szalone.

Dzieciaki, co chwila – a to jedno, a to drugie – przychodziły i coś ode mnie chciały. Ja odpowiadałam zbywająco: „mhm” „tak, tak, już:” i „chwileczka” i kontynuowałam klikanie po ekranie. Mijały minuty, a moje dzieci dzielnie walczyły o uwagę. A ja nie reagowałam, gapiłam się w telefon jak opętana. Aż w końcu Ignaś wykrzyknął do mnie:

„Mamo, czy możesz w końcu przestać wpatrywać się w ten telefon i dać nam coś do picia?!”

Zamarłam. Odłożyłam telefon w połowie napisanego słowa, nalałam im picie i usiedliśmy do stołu.

Milczałam, aż w końcu wydusiłam z siebie: „PRZEPRASZAM”.

Zrozumiałam, że…

Zrobiłam to, co zawsze tak bardzo krytykowałam i czego się tak wystrzegałam. Tego popołudnia fizycznie przebywałam w jednym pomieszczeniu z moimi dziećmi, ale moje myśli odpłynęły gdzieś bardzo daleko. Pochłonięta byłam nadal pracą, którą o godz.15: 30 obiecałam sobie już całkowicie zamykać.


Popełniłam trzy błędy:

  • Byłam nieobecna i nie poświęcałam dzieciom mojej uwagi.
  • Nie słyszałam, co do mnie mówią i ignorowałam ich prośby.
  • Gapiłam się w telefon, gdy akurat był czas na wspólne popołudnie.

Czyli esencja złych przykładów, które dajemy dzieciom, a potem się dziwimy, dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Ale dziś nie o tym.

Ta sytuacja zmobilizowała mnie do przemyślenia, w jakim stopniu świadomie i z pełnym zaangażowaniem spędzam czas ze swoimi dziećmi.

Czy na pewno jestem obecnym rodzicem?

Czy na pewno mój czas z dziećmi jest świadomy?

Czy jestem zaangażowana w to, co czują i czego potrzebują?

Ogrom obowiązków zakłóca relacje

Praca, dzieci, dom – to dla każdej mamy nie lada wyzwanie. Jakby nie patrzeć, to trzy pełnowymiarowe etaty, które każdego dnia trzeba przepracować. Otwierasz oko i zaczyna się pierwszy, ostatni kończy się gdy z powrotem kładziesz się do łóżka.

Każdego dnia pędzimy, chcąc odhaczyć wszystko, co mamy na liście. Nic dziwnego, że przełączamy się na tryb „autopilota” i po kolei realizujemy zadania: odpisać na maile, odebrać dzieci, podgrzać obiad, posprzątać, poczytać dzieciom książkę.

W tym całym chaosie dnia codziennego zapominamy o najważniejszym, o tym, że nasze życie i nasze dzieci są tu i teraz, nie za trzy maile i dwa dania. TU I TERAZ

Budowanie więzi ze swoim dzieckiem

Budowanie więzi to nie jest zabieg jednorazowy. To wytrwała, konsekwentna i świadoma praca każdego dnia.

Budowanie więzi to nie zaplanowana godzina zorganizowanej zabawy na podłodze z zegarkiem w ręku. To te drobne sytuacje wymagające Twojej uwagi i zaangażowania.

I w końcu budowanie więzi to nie cel sam w sobie. To nasze świadome, codzienne życie.

To w jakim stopniu obecni i dostępni jesteśmy dla naszych dzieci, w ogromnym stopniu wpływa na to, jak silną więź z nimi zbudujemy. One widzą, słyszą i czują, kiedy jesteśmy z nimi, a kiedy nasze myśli odpływają gdzie indziej.

Dzieci potrzebują nas i naszej obecności, pragną wiedzieć, że są dla nas najważniejsze. Ważniejsi od pralki, obiadu czy telefonu z kolejnym zleceniem.

Czy nasz świat ma się kręcić tylko wokół dzieci?

Nie twierdzę, że teraz powinniśmy wszystko inne porzucić, nie mieć prawa do złego nastroju czy chwili dla siebie i po pracy całą uwagę poświęcać tylko dzieciom. W każdym obszarze naszego życia najważniejszy jest balans i pewne granice. Tak samo tutaj.

Rodzice miewają przecież gorsze dni, więcej pracy lub czasem doskwiera im po prostu niewyspanie. To wszystko jest zupełnie normalne i mamy do tego stuprocentowe prawo. Możemy być wtedy mniej obecni i mniej zaangażowani. One powinny też umieć to uszanować.

Niemniej jednak powinniśmy wypracować w sobie nawyk poświęcania uwagi dzieciom. Nie musisz stawać na głowie i planować dwugodzinnej zabawy czy wielkich atrakcji.

Wystarczy, że w normalnych, codziennych sytuacjach nauczysz się świadomej i pełnej zaangażowania dostępności dla dziecka.

Co zrobić, żeby być bardziej obecnym rodzicem?

 Nie musisz zmieniać wiele, wystarczy kilka drobnych nawyków, które pokażą Twojemu dziecku, że jesteś z nim tu i teraz, troszczysz się o niego i to, co do Ciebie mówi, jest dla Ciebie ważne.

  1. Pracę zostawiaj w pracy.

Gdy wracasz z pracy do domu, nie myśl już o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia ani nie planuj, co zrobisz jutro. Nie otwieraj skrzynki mailowej, żeby sprawdzić, czy status jakiejś sprawy się zmienił. Teraz jesteś w domu ze swoimi dziećmi, one czekały na Ciebie cały dzień, pragną z Tobą porozmawiać, pobawić się i poprzytulać.

Wiem, nie jest to łatwe, gdy masz intensywną pracę lub wydarzyło się coś stresującego lub ekscytującego. Ale z drugiej strony pamiętaj, że by móc spędzać świadomy czas z dziećmi, musisz nauczyć się odcinać i mówić: „NIE”. Inaczej zawsze będzie coś, co odciągnie Twoje myśli w kierunku pracy.

Bądź jak pracownik urzędowy 15:56 – jesteś w blokach startowych, 16:00 – praca? Jaka praca?

  1. Schowaj telefon i wyłącz powiadomienia, gdy jesteś z dziećmi

Siadasz z dziećmi do zabawy, a Twój telefon ciągle dzwoni – a to mama, a to koleżanka pisze coś na messengerze – co chwila odrywasz się i łapiesz za telefon. Przecież powinnaś odpisać i odebrać. Pytanie brzmi, czy rzeczywiście i czy świat się zawali, jeśli zajmiesz się tym później?

Ważniejsze są ploteczki czy Twoje dzieci, które tak się za Tobą stęskniły?

Wyłącz dźwięk lub najlepiej schowaj telefon, nie będziesz się wtedy rozpraszać, a dzieci uzyskają Twoją 100% atencję.

Tak, sprawa niełatwa, bo dziś telefon to nasza druga ręka. Sama mam z tym problem i czasem nie potrafię przestać wgapiać się w ekran. Ale pracuję nad tym, wrzucam telefon pod poduszkę i pozwalam się mu za mną stęsknić 😉

  1. Utrzymuj kontakt wzrokowy podczas rozmowy

Gdy Twoje dziecko przychodzi, żeby ci coś powiedzieć czy pokazać, patrz mu w oczy. Nie zmywaj, nie ładuj pralki i nie gap się w tym czasie w telewizor.

Patrzeniem prosto w oczy pokazujesz mu, że go słuchasz, że to co mówi, jest dla Ciebie ważne. Okazujesz szacunek i tym samym uczysz go w stosunku do innych.

  1. Kucaj, gdy rozmawiacie

Często rozmawiamy z naszymi dziećmi z poziomu rodzica, który jest wyżej i dalej. Okazuje się jednak, że rozmowa w kucki może przynieść niesamowite rezultaty. Nie dość, że pokazujemy dziecku, że aktywnie go słuchamy, patrzymy mu wtedy prosto w oczy, to jeszcze pokazujemy mu, że jesteśmy sobie równi.

Kucanie wielu rodzicom niestety nie przychodzi naturalnie. Mnie również, bo godziny spędzone w parterze z przyklejoną Julką sprawiają, że stanie na dwóch nogach w pozycji wyprostowanej wydaje mi się niezłym przywilejem. Kucanie do Ignasia jest dla mnie dodatkowym wyzwaniem. Ale jednak wartym zachodu i dodatkowego wysiłku. Tym bardziej, że skoro księżna Kate w szpilkach i obcisłych garsonkach kuca, to ja chyba też mogę 😉

  1. Przepraszaj, gdy wiesz, że nawaliłaś

Przyznawaj się do błędu, gdy wiesz, że zrobiłaś coś źle. Jeśli zignorowałaś jakąś prośbę dziecka, bo na chwilę odpłynęłaś lub zajęłaś się czymś innym, powiedz dziecku, że nie powinnaś była tego robić.

Nie rżnij głupa (jakby to powiedział mój maż) i nie ściemniaj, dzieci są mądrzejsze, niż Ci się wydaje.

Każdy popełnia błędy, grunt to umieć się do tego przyznać.

  1. Zadawaj pytanie, wykazuj zainteresowanie

 Gdy dziecko przychodzi do Ciebie i opowiada Ci o jakiejś bajce, o której nie masz zielonego pojęcia, nie zbywaj go słowami: „no to super” (mnie nadal często się to zdarza). Postaraj się wykazać prawdziwe zainteresowanie, zadaj parę pytań, dowiedz się czegoś więcej o bohaterach, żebyś mogła zrozumieć kim jest Jay, Kay i co to do cholery jest Spinjitzu 😉 Da Ci to podstawy do dalszej rozmowy. Będziesz mogła wejść w świat swojego dziecka, zaangażować się i zrozumieć jego fascynacje.

Dla mnie to nadal niezła abstrakcja. Mimo że pytam i próbuję zrozumieć, to nadal nie ogarniam mocy Ninjago. Chyba zacznę robić notatki 😉

  1. Jadajcie wspólne posiłki

Najlepszym momentem na Twoją aktywną obecność są wspólne posiłki. Możecie wtedy porozmawiać, pośmiać się i poopowiadać o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia.

Nie musi to być wystawny obiad czy obfita kolacja. Wystarczy bułka, kawałek sera i Wy przy stole. Bez tabletów, telefonów i telewizora. Więcej tutaj.

Tekst Ignasia sprawił…

Że dotarło do mnie, jak łatwo jest wpaść w pułapkę nieobecnego rodzica. Dookoła nas jest wiele rozpraszaczy, które sprawiają, że zapominamy o tym, że nasze życie dzieje się tu i teraz.

Straconego czasu z naszymi dziećmi nikt nam nie zwróci, dlatego powinien być on świadomy i pełen zaangażowania. Sądzę, iż nie ma w życiu nic bardziej cennego ponad czas, uwagę i zaangażowanie, które możemy podarować naszemu dziecku.

Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest, nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.

Jan Paweł II

Pozdrawiam, Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading
1 2 3 6