Od szwendacza zakupoholika do racjonalnej konsumentki

Perfekcyjna pani domu stereotyp nowoczensa mama

Kiedyś zakupy sprawiały mi niesamowicie dużo przyjemności. Uwielbiałam szwendać się po sklepach w poszukiwaniu nowych nabytków. Wpadałam do sieciówek rządna nowości i odrobiny luksusu. Bez większego planu czego brakuje w mojej szafie, skakałam od sklepu do sklepu i kupowałam. Wychodząc z założenia, że pewnego dnia na pewno się przyda. Z każdym nowym zakupem moje ciało wypełniała narastająca adrenalina, stopy w podskokach kierowały do kolejnych witryn sklepowych, a coraz to cięższe torby dodawały mi skrzydeł. W domu wyrzucałam wszystkie zakupy na środek pokoju i ponownie wszystko przymierzałam. Później krótki catwalk przed mężem, oczekiwanie na akceptację, odcinanie metek i wszystkie zakupione rzeczy oficjalnie stawały się moje! I tu jak za dotknięciem magicznej różdżki czar z reguły pryskał, a adrenalina zaczynała opadać.

Perfekcyjna pani domu stereotyp nowoczensa mama

Przyjemność, jaka płynęła z shoppingu, szybko przemijała, a wyciąg z konta przyprawiał o ból głowy. Zakupione rzeczy powszedniały, a co gorsza szybko odchodziły w niepamięć. Przyjrzałam się głębiej moim zakupom i okazało się, że połowy rzeczy nie noszę. Wiele z nich  po trzecim praniu pozostawiała wiele do życzenia, część była jednak nie do końca w moim stylu, a jeszcze inna straciła swój blask po wyjściu ze sklepu i leży zapomniana gdzieś na dnie szafy. Wniosek? Zgromadziłam olbrzymią ilość rzeczy na tak zwana „DZIAŁKĘ”, czyli wspaniała kolekcja ciuchów domowo-podwórkowych. Średnio zadowalający wynik biorąc pod uwagę sumę wydanych pieniędzy w porównaniu do jakości i zadowolenia.

Pieniądze szczęścia nie dają a zakupy tak i owszem. Temat nie wymaga polemiki, a ta i tak w moim wydaniu byłaby nieco sztucznym tworem. Problem, który zidentyfikowałam, nie leży w samym kupowaniu, a robieniem tego w sposób nieprzemyślany, niezaplanowany a co gorsza pod wpływem emocji. Minęło sporo czasu, zanim zrozumiałam, że moje impulsywne zakupy są niewspółmierne do satysfakcji. Postanowiłam podjąć stosowne kroki i sprzeciwić się wszechobecnemu konsumpcjonizmowi, który i mnie po trosze dopadł. Spokojnie, nie przerzuciłam się na szycie sukienek z firany i dzierganie na drutach. Zaczęłam jedynie głębiej analizować swoje potrzeby i wnikliwej definiować zbędne zachcianki. Wow brzmi to trochę enigmatycznie, ale już wyjaśniam.

Przejrzałam swoją szafę i zrobiłam w niej remanent z prawdziwego zdarzenia. Pozbyłam się większości mojej działkowej kolekcji, rzeczy wadliwej jakości oraz zapomnianych niedobitków. Wyznaczyłam nieprzekraczalny miesięczny budżet, który nazwałam budżetem na FANABERIE i postanowiłam spojrzeć wszelkim pokusom prosto w oczy.

  • Zanim coś kupię, tworzę listę rzeczy które „mogłyby się przydać”. Weryfikuje to z aktualnym stanem mojej garderoby i przystępuje do wykreślania lub modyfikowania listy.
  • Przerzuciłam się na zakupy internetowe, które dają mi możliwość głębszego przemyślenia danego zakupu.
  • Analizuję czy dana rzecz będzie się dobrze komponować z tym, co już wisi w mojej szafie, jaki jest jej skład i czy cena jest w miarę adekwatna.
  • Przestałam polować na wyprzedaże w celu kupienia sobie „czegoś” na poprawę humoru.
  • Postawiłam również w znacznej mierze na jakość, a nie na ilość. Zaczęłam zwracać większą uwagę na potencjalną żywotność ubrań, które kupuję. Nawet za cenę wydania większych pieniędzy.

Efekt przyszedł zadziwiająco szybko. Czerwone SAILE już do mnie nie krzyczały, a ubrania wiszące w sklepach nie przyciągały już tak silnie mojego wzroku. Nie wiem, co zadziałało, potęga podświadomości, afirmacja czy jak oni mądrzy tam sobie to nazywają, ale zaczęłam racjonalnie myśleć o moich zakupach.

Moja szafa obecnie wydaje się nieco bardziej uporządkowana i przemyślana. Zaczęłam czerpać przyjemność ze świadomych zakupów. Dają mi one satysfakcję na znaczenie dłużej niż dotychczas. Nie złoszczę się, kiedy zaglądam na konto i nie mam pojęcia, na co wydałam tyle kasy skoro i tak nie mam się w co ubrać. Uleganie małym pokusom leży w kobiecej naturze. I mimo systematycznej pracy zapanowania nad chciejstwem nadal bywają sytuacje, kiedy wpada do torby coś niezaplanowanego. Dzieje się to jednak bardzo sporadycznie i nie wywołuje we mnie już tak silnych emocji jak kiedyś.


rys. Mateusz Hajnysz http://mhajnysz.pl/pl/

You may also like

8 Comments

  1. Jak udaje się nam zapanować nad zakupami i podejmować decyzje racjonalnie, to i nagła chwila słabości sprawia przyjemność. Dzięki planowaniu i rozsądnemu kupowaniu nie ma ciągłych wyrzutów sumienia, żalu do siebie i przede wszystkim stresu…

    1. Masz absolutną rację, że im bardziej kontrolujemy się na co dzień, tym większą przyjemność sprawiają nam te małe chwile słabości:)

  2. A ja to z kolei mam tak, że zakupów nie cierpię pod żadną postacią, może jedynie te online jestem w stanie zaakceptować.
    A jak już muszę iść, to mam konkretny plan: co kupić i gdzie iść, a nie daj Boże coś się posypie, to nieszczęśliwa jestem bardzo. Zdarza mi się jednak, choć rzadko, kupić coś pod wpływam impulsu i zawsze mam potem wyrzuty sumienia 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *