Rutynek od kuchni, czyli jak było naprawdę?

Dziś już wiadomo, że kampania Rutynka zakończyła się sukcesem. Ja mogę wreszcie odetchnąć z ulgą, a Wy już niedługo będziecie mogli cieszyć się kartami w swoich domach.

Poznaliście Rutynka w tym samym dniu, kiedy ruszyła kampania, czyli trochę ponad miesiąc temu. Pomysł w mojej głowie zrodził się już w październiku zeszłego roku.

Dlaczego tak długo to wszystko trwało?

Co powstrzymywało mnie przed szybszym zrealizowaniem projektu?

Co zrobiłam źle?

Czego się nauczałam?

O tym wszystkim chciałabym Wam dziś opowiedzieć. Nie dlatego, że mam ochotę się nad sobą pożalić lub czymś pochwalić, ale żeby pokazać Wam, że mimo trudów i chwil zwątpienia nie należy się poddawać i rezygnować ze swoich marzeń. Bo wszystko, co robimy, ma sens, nawet jeśli kończy się to totalną porażką. Bo każda porażka czegoś nas uczy, przybliża do celu i sprawia, że widzimy i rozumiemy więcej. 

Sukces bez błędów, porażek, słów krytyki po prostu nie istnieje. Musisz sto razy upaść, żeby wiedzieć, jak się podnosić; musisz zebrać milion siniaków, żeby wiedzieć, że dajesz z siebie wszystko; musisz zwątpić, żeby móc uwierzyć ponownie. Gee

Rutynek – narodziny

Gdy pomysł Rutynka po raz pierwszy zrodził się w mojej głowie, byłam bardzo podekscytowana. Myślałam tylko o tym, że skoro metoda obowiązków wypisanych na kartach papieru zadziałała u nas w domu, to musi zadziałać również u innych.

Wpadłam w wir generowania pomysłów, co zdecydowanie stanowi najciekawszy element całego procesu. Luźne niezobowiązujące myśli przeradzały się w konkretniejszą wizję. Wszystko wtedy wydawało się osiągalne i w zasięgu ręki.

Później nadchodzi czas sklejania wszystkiego w całość i porządkowanie planu. Tu zaczyna się bardziej mozolna i jak dla mnie zdecydowanie mniej ciekawa praca.

Nazwa Rutynek była pierwszą i ostatnią moją propozycją. Byłam jej pewna już od samego początku i w tym aspekcie intuicja mnie nie zawiodła, bo nazwa, a później postać Rutynka, skradła Wasze serca:) I o to właśnie chodziło:)

Z samą postacią nie było już tak łatwo. Proces tworzenia głównego bohatera trwał nieco dłużej. A zaważyło na tym głównie moje niezdecydowanie i brak sprecyzowanego pomysłu, jak Rutynek powinien wyglądać.

Osobiście jestem miłośniczą stylistyki retro i vintage. Dlatego z początku naciskałam na taki właśnie look. Tak powstała wersja 1.0. Rutynka stworzona przez Karola (fotografa, a nie grafika). Mnie podobała się bardzo, ale innym – niekoniecznie. Po pierwszej propozycji, która nie spotkała się ze zbyt pozytywnym odbiorem, zawiesiłam się i nawet trochę zniechęciłam, podważając sensowność całego przedsięwzięcia.

BŁĄD nr 1

Teraz chce mi się śmiać na samą myśl, że chciałam poddać się po pierwszej próbie. Ale trochę tak było.Skoro nikomu nie podoba się to, co zrobiłam, to po co w ogóle coś robić?!

Takim myślom mówimy zdecydowane: „nie i jeszcze raz nie” i szukamy pozytywów. Na całe szczęście nie wypuściłam w świat czegoś, czego nikt by nie kupił 😉

Naszą największą słabością jest poddawanie się. Najpewniejszą drogą do sukcesu jest próbowanie po prostu, jeden, następny raz – Thomas Edison.

Zniechęcona opiniami na temat pierwszego projektu nie umiałam spojrzeć na wszystko szerzej. Krytyka wpłynęła bardzo negatywnie na moją kreatywność i nie pozwoliła mi działać dalej. Wena nie przychodziła, a ja stresowałam się coraz bardziej.

BŁĄD nr 2

Stres i presja zabijają kreatywność, nie pozwalając nam rozwinąć skrzydeł. Działają jak blokady, przez które wena i dobre pomysły nie potrafią się przebić. Zdecydowanie tak zadziałało to u mnie.

Dlatego odpuściłam. Pozwoliłam sobie odetchnąć i odłożyłam Rutynka na bok. Zajęłam się czymś innym, ale nie przestałam o nim myśleć. Pozwoliłam swojej głowie się przewietrzyć i nabrać do wszystkiego dystansu.

Kreatywność rozkwita tam, gdzie jest bezpieczeństwo i akceptacja. Rozkwita wśród przyjaciół, więdnie wśród wrogów. Elizabeth Gilbert

I w końcu przyszło samo

Po kilku tygodniach przypomniałam sobie o Basi, graficzce z czasów gdy pracowałam dla Smyka. Miałyśmy okazję wspólnie pracować i tworzyć modowe kolekcje dla najmłodszych odbiorców. Tworzyłyśmy niezły team i już wtedy rozumiałyśmy się bez słów.

Zadzwoniłam, wyżaliłam się, a Basia od razu wiedziała, czego potrzebuję. Z dwóch nadesłanych wersji naszego bohatera wybrałam tę, która od razu do mnie przemówiła.

Mniej więcej w marcu tego roku Rutynek był bardzo bliski ujrzenia światła dziennego, ale… pojawiły się kolejne przeszkody.

Początkowo Rutynek miał być jedynie produktem internetowym, do ściągnięcia i wydrukowania w domu. Taka internatowa, prosta wersja kart, która nie wymagała dużych finansowych nakładów.

Cztery paskudne baby

Plany się pokrzyżowały, gdy na swojej drodze spotkałam cztery paskudne baby (one i tak wiedzą, że je kocham), z którymi w międzyczasie założyłam grupę przedsiębiorczych kobiet Master Mind. Na jednym z naszych spotkań przedstawiłam im Rutynka, opowiedziałam o całym planie i zapytałam o opinię.

W skrócie: totalnie zrujnowały moją wizję wypuszczenia Rutynka na światło dzienne w ciągu najbliższego miesiąca.

– Nie możesz wrzucić Rutynka na domową drukarkę – mówiły. – Straci cały swój urok, kartka z drukarki szybko się zniszczy, to nie ma sensu. Rutynek zasługuje na porządny papier, nasycony kolor i solidne opakowanie.

Podcięte skrzydła

Wróciłam do domu z podciętymi skrzydłami, resztkami energii i brakiem motywacji do dalszego działania. Przecież byłam tak blisko, a one twierdzą, że to wszystko nie ma sensu. Złościłam się, bo w głębi czułam, że mają rację.

Irytowałam się, bo lubię wdrażać projekty w życie, a nie rzeźbić je miesiącami. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze sporo pracy. Znowu…

BŁĄD nr 3

Krytykę mojej pracy przyjmuję bardzo osobiście. Mam czasem poczucie, że opinia na temat moich projektów, to opinia na temat mojej osoby.

Nic bardziej mylnego. To że pomysł nie wypalił, nie oznacza, ze my sami jesteśmy nieudacznikami.To, co robimy w biznesie, to eksperymenty. Bez nich nie jesteśmy w stanie osiągnąć celu. Jeśli eksperyment się nie udaje, trudno – będzie następny. A to kim jesteśmy definiujemy przez umiejętność podnoszenia się i działania ten jeszcze jeden raz.

Zatem otrząsnęłam się i zaczęłam obmyślać plan

Ale jak to wszystko sfinansować?

Plusem zrobienia produktu stricte internetowego był niski finansowy nakład z mojej strony. Opcja fizycznych kart to już niestety większe przedsięwzięcie i spore koszty.

Obawiałam się tej opcji, bo już raz utopiłam sporą sumę pieniędzy w czymś, czym ludzie niespecjalnie byli zainteresowani. Dlatego tym razem chciałam jak najbardziej ograniczyć ryzyko.

Tak powstał pomysł na kampanię crowdfundingową, dzięki której mogłam:

  • przetestować zainteresowanie klientów,
  • sprawdzić, czy produkt znajdzie swojego odbiorę,
  • zebrać finansowanie na realizację całego przedsięwzięcia.

Jeżeli taka przedsprzedaż by się nie powiodła, jedyne ryzyko jakie ponoszę, to brak środków na realizację projektu, równoznaczne z brakiem zainteresowania ze strony rynku. Wtedy cały eksperyment zostaje zakończony bez większych kosztów (poza poświęconym czasem).

Jeżeli kampania się udaje, to znak, że produkt się podoba i warto dalej działać. Dzięki temu uzyskuję finasowanie i zdecydowanie łatwiej jest mi wystartować.

W ten oto sposób stworzyłam sobie kolejny duży projekt do zrealizowania.

Klasyk – Najpierw robię, później myślę

Dokładnie tak, jak mam to w zwyczaju, najpierw zrobiłam, a później pomyślałam.

Zamiast najpierw zająć się sprawami mozolnymi (typu przeczytanie wszystkich informacji na temat tego typu kampanii), z wielkim podekscytowaniem rzuciłam się na najciekawszy element całego przedsięwzięcia, czyli robienie filmiku promocyjnego.

I tym sposobem z moim bratem nakręciliśmy filmik, przy którym była oczywiście świetnie się bawiliśmy. A cała masa podpunktów dotycząca stworzenia takiej kampanii leżała odłogiem.

Zastał nas kwiecień. Coś tam przeczytałam na temat crowdfundingu, ale – mówiąc szczerze – nie poświęciłam temu więcej niż dwa dni. To było takie nudne i tak totalnie nieekscytujące…

BŁĄD nr 4

Całość należy realizować równomiernie. Rzeczy ciekawe, przeplatać z mniej ekscytującymi. To pomaga utrzymać energię podczas całości, a nawet większości prac. Niby to wiem, ale tym razem zupełnie się do tego nie zastosowałam.

„Twoja prawdziwa praca to branie się w garść we wszystkich fazach procesu twórczego. Wszystko od czasu do czasu jest do dupy. Musisz wiedzieć, jakie beznadziejne okoliczności jesteś gotowy znosić. Prawidłowe pytanie brzmi: Co pasjonuje cię na tyle, żebyś potrafił znieść najbardziej nieprzyjemne aspekty tej pracy?” Elizabeth Gilbert

Już prawie to mam, ale….

Wybrałam platformę, stworzyłam cały opis kampanii, wrzuciliśmy filmik no i wydawałoby się, że już prawie wszystko gotowe.

Planowany start kampanii, zaraz po naszych wakacjach. Ustaliłam nieodwołalny termin startu 6 czerwca.

Z wakacji w maju wróciłam totalnie rozbita. Wybiłam się z rytmu pracy i ciężko było mi zebrać myśli. Jak zwykle w takich sytuacjach wołałam o pomoc swojego osobistego specjalistę ds. sprowadzania mnie na ziemię – mojego męża.

Zwykle jest tak, że tylko gdy poproszę go o pomoc, to zazwyczaj wszystko mi opada. Spojrzał dogłębniej na mój plan i jemu też wszystko opadło.

Dla sprostowania – ja – jestem działaczem, robota pali mi się w rękach, jak już wspomniałam wcześniej – robię, potem myślę. Mój mąż natomiast 25 razy sprawdzi i przemyśli, potem znowu przemyśli, a następnie konsekwentnie i ostrożnie działa. Jednym słowem tworzymy niezły zespół, bo on szybciej myśli, a ja robię 😉

I tak nadszedł ostateczny termin na rozpoczęcie kampanii – a ja, po rozmowie z mężem, na liście miałam masę rzeczy, którymi powinnam zająć się jeszcze przed startem.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wkurzona byłam, że w ogóle poprosiłam go o pomoc. Jednak trwało to tylko moment, bo zaczęło do mnie docierać, że on znowu ma rację.

BŁĄD nr 5

Nie wiem, czy to wada czy zaleta. Pewnie zależy od okoliczności. Zdecydowanie nie lubię dłubać, wyszukiwać informacji i analizować. Wolę działać. Choć jak się okazuje, czasem warto pomyśleć. Jeśli jesteś taka jak ja, znajdź sobie kogoś, kto jest bardziej analityczny i skrupulatny. Jeśli jesteś z tej drugiej grupy, zdecydowanie miej przy sobie aktywatora 😉 Nie ma raczej osób 2w1, dlatego dobrze jest się uzupełniać. I to najlepiej na każdy etapie projektu.

Z perspektywy czasu decyzja o wstrzymaniu startu kampanii była jedną z lepszych, jaką podjęłam.

Upadłam ponownie

Perspektywa kolejnych miesięcy pracy podcięła mi skrzydła, ale podniosłam się, zebrałam w sobie i działałam dalej.

Tym razem zajęłam się kontaktami w sieci, pisaniem e-booka (który był jedną z nagród podczas trwającej kampanii) oraz dopinaniem kampanii finansowo.

Powyższymi zadaniami zajmowałam się do września. Wakacje nie są najlepszym czasem ani na informowanie świata o swoim produkcie, ani na motywację do działania.

Wytrwałam, odhaczyłam, a kampania w końcu ruszyła.

„Ukończenie czegoś jest już osiągnięciem samym w sobie. I do tego rzadkim. Ludzie nie kończą! Pełni zapału rozpoczynają ambitne projekty i grzęzną w niepewności i wątpliwościach.” Elizabeth Gilbert

Ale czy zrobiłam wszystko, co powinnam? Czy aby na pewno dobrze się przygotowałam? Co mogłam zrobić lepiej? Dlaczego z początku spisałam kampanię na straty? Kto mi pomógł? Jak wyszłam na stałe ze strefy komfortu? Jak walczyłam do ostatniego momentu? I czego się nauczyłam?

O tym wszystkim napisze Wam już w kolejnym poście.

Twoja Gee

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *