Dlaczego warto dbać o rodzinne rytuały?

Chciałabym dziś poruszyć temat rodzinnych rytuałów. Jednak ten tekst nie będzie jedynie moim monologiem. Chciałabym, abyś wzięła w nim aktywny udział. Zatrzymała się na chwilę, pomyślała i zastanowiła nad pewnymi rzeczami. W natłoku zadań i wydarzeń dookoła nas mamy w zwyczaju skanowanie serwowanych nam treści. Pobieżnie czytamy, a potem odkładamy na bok i zapominamy.

Dzisiejszy tekst dotyczy Twojej rodziny i tego, co ją łączy. Zapraszam Cię do lektury i wykonania kilku krótkich zadań, które dla Ciebie przygotowałam.

Sięgnij pamięcią do swojego dzieciństwa

Zadanie 1 Spróbuj na chwilę przenieść się do czasów, gdy byłaś dzieckiem i zastanów się, jakie skojarzenia przychodzą Ci na myśl, gdy słyszysz słowo „weekend”.

 Zamknij oczy i przywołaj wspomnienia.

 Pozwól, że podzielę się z Tobą moją odpowiedzią (swoją możesz napisać w komentarzu poniżej).

Gdy zamknęłam oczy, zobaczyłam:

  • rozmowy przy niedzielnym obiedzie;
  • programy przyrodnicze lecące gdzieś w tle;
  • wylegiwanie się z rodzicami na za małej kanapie i wieczna walka o większy kawałek przestrzeni;
  • wyjazdy na działkę, gdy tylko zza okna wyjrzało słońce, a temperatura nie mroziła nosów

Te wszystkie przywołane przeze mnie (i przez Ciebie) czynności to nic innego jak rodzinne rytuały. To te powtarzalne czynności, które dziś, gdy o nich myślimy, wywołują uśmiech na naszych twarzach.

Rodzinnych rytuałów jest tyle, ile rodzin

Czy na samą myśl o słowie „weekend” poczułaś może zapach niedzielnych kotletów schabowych z ziemniakami i mizerią, a może przypomniałaś sobie sobotnie wieczory filmowe z rodzicami, a może po prostu uśmiechasz się, bo w weekendy nikt nie zamierzał się wysilać i całymi dniami chodziliście w piżamach?

Odpowiedzi będzie tyle, ile rodzin, bo każda może mieć swoje czynności charakterystyczne jedynie dla niej.

Gdy staram się porównać sposób, w jaki spożywa się wspólne posiłki w mojej rodzinie, a jak w rodzinie mojego męża, nie jestem w stanie znaleźć więcej podobieństw między nimi oprócz tego, że w każdej rodzinie do jedzenia używa się sztućców i talerzy. Pozostałe rzeczy różnią się tak bardzo, jak zima różni się od lata. Ale to właśnie sprawia, że każda rodzina jest unikalna, każda ma własne przyzwyczajenia, każda czerpie przyjemność z innych rzeczy i każda powinna odnajdować w tym swoją wyjątkowość.

Zadanie 2 Zastanów się, jakie są podobieństwa a jakie różnice w rytuałach w Twojej rodzinie a w rodzinie Twojego męża/partnera.

Rytuały małe i duże

Rytuałem może być powtarzalne wykonywanie, jakieś nawet najdrobniejszej czynności. Coś, co sami nie do końca wiecie, dlaczego wpisało się w Wasz rodzinny zwyczaj. Może to być zdanie, które wypowiadacie codziennie, gdy spotykacie się rano przy śniadaniu, przelotny buziak czy „przytulas” na pożegnanie.

Mogą to być odrobinę większe sprawy jak droga do przedszkola i wasze rozmowy, wieczorne czytanie książki czy wspólne mycie zębów, podczas którego, aby zachęcić dzieci do szczotkowania, nucisz im: „Szczotko, szczotko, hej, szczoteczko…”.

Rytuałami mogą być również większe rzeczy jak wspólne wyjścia do kina raz na miesiąc, wyjazdy na działkę, spędzanie dwutygodniowych wakacji nad morzem czy sposób w jaki obchodzicie święta.

Rytuałem może być wszystko, co w waszej rodzinie jest czynnością powtarzalną. Często słowo „rytuał” używane jest zamiennie ze słowem „rutyna” czy „nawyk.

Mnie natomiast rytuały – w przeciwieństwie do czynności rutynowych – kojarzą się znacznie milej i cieplej. Rutyna, w moim odczuciu, odnosi się do usystematyzowania pewnych codziennych czynności, które muszą się wydarzyć, czyli obowiązków. Rytuały natomiast niosą ze sobą więcej swobody i doświadczania chwili. Aczkolwiek mogą być one równie powtarzalne jak czynności rutynowe. Przy czym nie są one naszymi obowiązkami, a bardziej czynnościami nadającymi wartość danej chwili.

Oczywiście mało przyjemne czynności, jakimi są np. pobudki, możemy zamienić w rytuał, poświęcając im nieco więcej uwagi i nadając im większego znaczenia. Zrywanie dzieci na równe nogi po pierwszym dzwonku budzika kojarzy mi się raczej z pewnego rodzaju nawykiem i presją czasu. Natomiast budzenie dziecka, szepcąc mu ciepłe słowa do ucha, głaszcząc je po główce i poświęcając swoją uwagę tej właśnie chwili, to dla mnie zdecydowanie rytuał.

Widzisz różnicę?

Zadanie 3 Zamknij oczy i przywołaj w głowie 3 czynności, które są waszymi codziennymi lub tymi większymi rytuałami.

 U nas są to wspólne codzienne śniadanie w rytm spokojnego jazzu;

  • wspólne codzienne śniadanie w rytm spokojnego jazzu;
  • czytanie dzieciom na dobranoc;
  • słuchanie w aucie muzyki z listy utworzonej przez mojego męża.

Rytuały bez względu na to, czy małe czy duże, wszystkie niosą ze sobą szereg korzyści dla nas samych i dla całej naszej rodziny.

Tworzą naszą codzienność

Te codzienne czynności wydają się nam czasami takie zwyczajne, normalne. Gdy jesteśmy mali, są one dla nas chlebem powszednim, czasem może nawet nas irytują. Często nie doceniamy ich lub nie mamy czasu się nad nimi zastanowić.

Gdy dorastamy nabierają one dla nas większego znaczenia. Wybywamy z domu, wyjeżdżamy na studia, zakładamy własne rodziny. I właśnie wtedy uświadamiamy sobie ich wartość. Tęsknimy za zimowymi pogaduchami z babcią przy starym węglowym piecu, jazdą samochodem z rodzicami, podczas której tata wciąż dopytywał się, dlaczego nic nie mówimy czy ubieraniem choinki na ostatnią chwilę.To właśnie te nawet najdrobniejsze powtarzalne rzeczy tworzą nasze codzienne życie, nadają mu wartości i sprawiają, że mamy za czym tęsknić.

Zadanie 4 Zastanów się, jakie czynności w Twojej rodzinie Cię złościły, a teraz uśmiechasz się na wspomnienie o nich?

Sprawiają, że planujemy czas dla naszych najbliższych

W pędzie dnia codziennego czasami trudno jest nam wygenerować chwilę dla naszych najbliższych. Ciągle gdzieś gonimy, ciągle jest jeszcze coś do zrobienia. Jeśli np. Waszym rodzinnym rytuałem jest przynajmniej jeden wspólny posiłek w ciągu dnia, to dzięki niemu – bez względu na wszystko dookoła – do stołu siadacie zawsze wspólnie. To jest właśnie ten zaplanowany czas dla rodziny. To samo tyczy się wieczornego czytania książek dzieciom, wspólnych weekendów, a także urodzin babci, imienin cioci czy po prostu świąt. Są to chwile w naszych napiętych grafikach, które niezmiennie dedykujemy naszym najbliższym.

Budują poczucie bezpieczeństwa

Rytuały sprawiają, że czujemy się częścią jakieś integralnej całości. Wiemy, że jesteśmy ważni, a inni się o nas troszczą. Rodzinne zwyczaje – te mniejsze i większe – otwierają nad nami parasol ochronny. Pod nim wszystko jest przewidywalne i bezpieczne. Wiemy, co nas czeka i wiemy, że niczym nie musimy się martwić. Ma to szczególne znaczenie dla naszych dzieci, dla których rodzina to schronienie przed światem zewnętrznym. Jeśli w szkole stanie się coś złego i nieprzyjemnego, w domu będzie czekała na nich mama, która na pewno przytuli i pocieszy, bo przecież zawsze tak robi.

Są podstawą do wzmacniania więzów rodzinnych

Rytuały budują poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie sprawiają, że z naszymi najbliższymi czujemy się najlepiej. Poświęcając czas i uwagę naszej rodzinie, zacieśniamy więzy, tworzymy historię i budujemy wspomnienia. Im więcej takich chwil w naszym życiu, tym silniejsze jest nasze przywiązanie do rodziny, tym bardziej czujemy się jej częścią i tym bardziej na nią liczymy

Przypominają nam piękne chwile

Życie to sinusoida. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Czasami nasze serce przepełnia radość, a czasem musimy mierzyć się z trudnościami życia.Rytuały to te chwile w naszym życiu, które przepełnione są szczęściem i spokojem. Są one bazą do budowania wspaniałych wspomnień i tworzenia rodzinnych historii.

Rytuały nie muszą zajmować nam dużo czasu

Na moim fanpage’u pojawił się ostatnio wpis o naszym rodzinnym rytuale wspólnych codziennych śniadań. Pojawiało się z Waszej strony wiele pytań, skąd mamy na to czas, o której musimy wstawać i jak to w ogóle jest możliwe w tygodniu.

Dziś rano specjalnie spoglądałam na zegarek, żeby sprawdzić, ile to nam tak naprawdę zajmuje. Okazało się, że od nabrania pierwszej łyżki owsianki do ostatecznego wyczyszczenia talerza minęło jedynie dziewięć minut!!!

Dziewięć cudownych minut, dzięki którym możemy poświecić sobie z rana odrobinę uwagi, zjeść wspólny posiłek i nastroić się dobrą energią, którą daje nam jazz.

Czasem zajmuje nam to dłużej, czasem dzieci się buntują i nie chcą jeść albo jeszcze coś innego stanie nam na drodze. Wiemy natomiast, jak ważny jest to dla nas moment w ciągu całego dnia, dlatego konsekwentnie codziennie go powtarzamy, zakładając czasowe bufory.

Więcej o tym, dlaczego wspólne posiłki z dziećmi są ważne, znajdziesz tutaj.

Warto je zaplanować i się do nich przygotować

Abyśmy mogli usiąść do wspólnego śniadania, dokładamy wszelkich starań, żeby nie zaspać, pójść wystarczająco wcześnie spać lub przygotować sobie składniki na śniadanie wieczorem. Podejmujemy świadomą decyzje, co jest dla nas ważne i właśnie w tym kierunku działamy.

Naszym codziennym rytuałem jest śniadanie. Twoim może być obiad czy kolacja. Równie dobrze może odbywać się jedynie w weekendy, bo praca i styl życia nie pozwalają Wam na celebrowanie wspólnych posiłków w tygodniu. Wszystko zależy od Was.

Rytuał nie musi być czasochłonny, nie musi być wielką celebracją. Jak widzisz, wystarczy dosłownie kilka minut, żeby stworzyć ku niemu warunki.

Najważniejsza jest w tym wszystkim nasza świadomość, że to właśnie te drobne chwile są najcenniejsze i że warto poświęcać im naszą codzienną uwagę. Bo to właśnie one kształtują nasze życie, to dzięki nim tworzycie silną rodzinę, a wasze dzieci czują się z wami bezpiecznie.

Zadanie 5 Pomyśl sobie o 3 rytuałach, które chciałabyś, aby Twoje dzieci kiedyś wspominały.

Zadanie 6 Im więcej takich zaplanowanych chwil z rodziną, tym lepiej. Zastanów się, którą z powyższych codziennych czynności możecie już od dziś zacząć zamieniać w rytuał?

 Z rytuałami jest jak z nawykami. Chcąc wypracować nowy, nie zaczynaj kliku od razu, bo najprawdopodobniej żaden ostatecznie na długo u Ciebie nie zagości. Zrób listę tych, na których Ci zależy i małymi krokami, pokolei wprowadzaj je w życie. Weźcie jeden na tapet i praktykujcie go przez jakiś czas. Gdy stanie się on częścią waszego życia, zabierz się za kolejny.

Pamiętaj rytuały budujemy, żeby odnajdować przyjemność w codzienności, nie po to, żeby odhaczyć je na liście. Nie nakładaj na siebie zbyt dużej presji. Pozwól im powoli zagościć się w waszym życiu.

Twoja Gee

Continue Reading

WORK – LIFE BALANCE kiedyś nadejdzie, czyli największe kłamstwo, w jakie wierzysz.

Obiecałam Wam, że już nie będę wracać do kampanii Rutynka. Jednak żeby dobrze zobrazować moje przesłanie, na chwilę chciałabym wrócić do okresu kampanii.

Na co dzień pracuję z domu. Podjęliśmy z mężem taką decyzję, aby jedno z nas, mając bardziej elastyczną pracę, mogło swobodnie odbierać dzieci, zawozić je na zajęcia czy zostawać w domu w razie ich przeziębienia.

Sądziłam, że tym sposobem uda mi osiągnąć mój wymarzony i jakże osławiony stan work-life balance. Wydawało się to takie realne. Skoro z założenia jestem w domu, na pracę poświęcam mniej czasu niż poprzednio, a jej godziny są elastyczne.

Nic tak bardzo nie zrujnowało mojej wizji jak przeprowadzenie kampanii Rutynka. Jak już wiecie z poprzednich postów, kampania kosztowała mnie sporo stresów i wysiłku. (Więcej znajdziesz tutaj i tutaj.)Przez bity miesiąc wszystkie moje myśli skupiały się właśnie na niej. Myślałam o Rutynku w dzień i w nocy. W toalecie i pod prysznicem. Przy wspólnym obiedzie z rodziną i kiedy lunch konsumowałam sama.

Przecież praca nad „swoim” miała odbywać się w sielsko anielskiej zbalansowanej atmosferze! A zamiast tego w drodze po dzieci, załatwiałam jeszcze w biegu ostatnie maile. Odkładałam na bok telefon, kiedy byliśmy już razem w domu, ale to nie oznaczało, że skończyłam pracę. Ona nadal działa się w mojej głowie. A ja tylko czekałam, aż dzieci pójdą spać, żebym mogła odpisać na zaległe wiadomości.

Wtedy zrozumiałam, że balansu nie mam. Jedyne co mam to WYBÓR

Kampania pochłonęła mnie jak niejeden duży projekt w korporacji. Zaburzyła mój balans i wtargnęła na rodzinne terytorium. Nie musiało tak być, bo mogłam iść drogą, w której nie podejmuję walki o sukces kampanii. Ale, z pełną świadomością wybrałam Rutynka. Oboje z mężem wiedzieliśmy, z czym się to wiąże. Na chwilę zniknęłam i przekierowałam całą uwagę na pracę.Teraz jestem już z powrotem, bo Rutynek okupuje drukarnię, a ja po pracy ponownie mogę spędzać świadomy czas z moją rodziną.

 Idealny stan rzeczy

Work-life balance istnieje często w naszych głowach jako wyidealizowany stan umysłu. Marzymy o nim, wizualizując sobie własną firmę, pracę z domu czy odcięcie się od korporacji, wierząc, że w przyszłości może doświadczymy życiowej równowagi.

Dyskutowałam kiedyś ze swoim znajomym o moich planach na własną firmę. Rozmowa miała zabarwienie nieco coachingowe i padło w niej pytanie: „dlaczego tak naprawdę chcę mieć coś swojego”. Ja bez wahania odpowiedziałam: „bo chce mieć w końcu czas dla swojej rodziny”. Zdziwienie w jego oczach poprzedzało pytanie: „ale czy naprawdę sądzisz, że własna firma da ci więcej swobody”.

Nie rozumiałam, o co mu tak właściwie chodzi, aż do momentu, w którym poczułam totalne wypalenie (przez przepracowanie), próbując rozkręcić pierwszy biznes internetowy. Miałam to, co chciałam, ale w żaden sposób nie zbliżało mnie to do życiowej równowagi.

Zawsze będzie coś „jeszcze” do zrobienia

Może się często wydawać, że jak już coś odhaczymy na swojej liście, coś osiągniemy, coś zakończymy, to właśnie wtedy będzie odpowiedni moment, aby zadbać o równowagę w życiu.

Nic bardziej mylnego. Po skończeniu dużego projektu w firmie, wcale nie oznacza, że kolejny, większy się nie pojawi. To tylko mrzonki i nasze nadzieje. Prasując godzinami stertę ubrań, chyba nie sądzisz, że zaraz nie wstawisz kolejnej pralki?

Zawsze będzie coś! Odkładamy równowagę na później, racjonalizując podejmowane decyzje. Na przykład postanawiamy zostać dłużej w pracy, odpowiedzieć na jeszcze jednego smsa czy napisać jeszcze jeden rozdział książki.

To Ty decydujesz, na co poświęcasz swój czas i energię

Work-life balance nie dzieje się ot tak, po prostu. Nie dostaniemy też go od nikogo w prezencie. To Ty świadomie musisz podjąć decyzję, że zaczynasz o niego dbać. Nie jak zadzieje się coś czy coś innego. Najlepiej zacznij działać tu i teraz.

Wyobraź sobie sytuacje, że rozkręcasz swoją firmę. Jak myślisz, kiedy będzie odpowiedni moment na ten idealny stan rzeczy? Jak zarobisz pierwszy tysiąc, pięć tysięcy, dziesięć, a może sto? Co będzie dla Ciebie oznaką, że już czas?

Często wydaje nam się, że jak biznes już będzie rozkręcony, przynosił większe zyski, będziemy mieli większych klientów, to wtedy będziemy mogli sobie pozwolić na spokój. Ale czy przypadkiem wtedy nie czeka nas większa odpowiedzialność, więcej oczu będzie na nas patrzeć (w przypadku np. bloga), projekty będą poważniejsze i każdy błąd u większego klienta może ciągnąć za sobą lawinę konsekwencji? Czy w takich okolicznościach będziemy w stanie nagle się „wyluzować” i zadbać o wymarzony balans?

Życiowa równowaga nie jest zależna od czynników zewnętrznych. Jest zależna od nas samych. Bo to właśnie my o niej decydujemy. Nie nasz szef, terminy, projekt czy wyzwania, jakie stawia przed nami nasza własna firma.

Równowaga jest wtedy, kiedy to Ty podejmujesz świadomą decyzję, na co poświęcasz swój czas i energię. Jeżeli nie znajdziesz na nią czasu teraz, to nie przyjdzie ona sama później. Wszystko to kwestia ŚWIADOMYCH wyborów.

Jeśli wybierasz, że chwilowo musisz poświęcić się pracy, nie obwiniaj innych za brak czasu dla rodziny, siebie czy Twoje zainteresowania. To Ty stoisz za decyzjami, które kształtują twoje życie. Mówiąc i tłumacząc, „że taka praca”, pozostawiasz swoje życie w rękach innych.

Chcę mieć więcej czasu na…

Ciągle narzekamy na brak czasu. Rozmyślamy, co moglibyśmy robić, gdyby doba była dłuższa. Gdy głębiej przeanalizujemy swój dzień, może się nagle okazać, że czasu wcale nie mamy aż tak mało, problem jest raczej z jego efektywnym wykorzystaniem.

Tracimy często czas na zastanawianie się nad niemożliwym zamiast skupić się na tym, co jest w zasięgu ręki. Jeśli powiesz sobie: „chcę mieć więcej czasu dla rodziny”, zapewniam Cię, że możesz osiągnąć to już dziś, np. dzięki odłożeniu na bok smartfona, na którym co chwila wyświetlają się powiadomienia o nowych mejlach, lub po prostu wyłączeniu wszystkich notyfikacji związanych z pocztą, komunikatorami i innymi, podobnymi aplikacjami. Wtedy podejmujesz świadomą decyzję, kiedy sięgasz po telefon, i możesz być obecna całą sobą dla swojej rodziny.

Gdy wracasz do domu, a po głowie nadal chodzi Ci praca, Twoja uwaga z chwili, którą chciałaś poświęcić rodzinie, ciągle przekierowywana jest na sprawy zawodowe.Tym sposobem ani nie poświęcasz czasu najbliższym, ani nie za bardzo możesz skupić się na przychodzących wiadomościach. Nie jest to efektywne  wykorzystanie czasu. A tym bardziej nie zbliża Cię to do osiągnięcia życiowej równowagi. Przeplatasz ze sobą te czynności, nie skupiając się dobrze na żadnej z nich.

Nie liczy się ilość, a jakość

 Narzekamy, że za mało czasu poświęcamy dzieciom, twierdząc, że dobra zabawa to np. cały wolny, bez żadnych obowiązków weekend. Problem w tym, że taki może się nigdy nie wydarzyć. Bo zawsze będzie coś do zrobienia. A to trzeba będzie ugotować obiad, wstawić zaległą pralkę czy odwiedzić dziadków lub nadrobić coś w pracy.

Pisząc ten post, można by rzec, że nadwyrężam rodzinny weekend (i daleko mi do równowagi pomiędzy pracą a rodziną), bo robię to w niedzielne popołudnie. Robię to dziś, bo wszystko wskazuje na to, że Jula nie pójdzie przez kolejne dni do żłobka. A mój czas na pracę w tygodniu diametralnie się skurczy. Dlatego podjęłam świadomą decyzję pracy w niedzielę. Ale jednocześnie całą energię od rana poświęciłam dzieciom. No może tylko 98%, bo po wygłupach na placu zabaw, musiałam uciąć sobie piętnastominutową drzemkę:)

Chcę Ci tutaj pokazać, że po pierwsze to my sami decydujemy o tym, gdzie i jak lokujemy naszą uwagę. A po drugie – czasem ważniejsza jest jakość spędzanego z kimś czasu, a nie tylko ilość. Nie możemy porównywać jakości czasu spędzanego z dziećmi przy planszówkach do oglądania z nimi filmów.

Rozumiesz, o czym mówię?

Wiedząc, co czeka mnie popołudniu (czyli praca), poranek poświęciłam dzieciom a nie dzieciom, sprzątaniu i gotowaniu jednocześnie. Skutkowało to totalnym bałaganem w domu i opóźnionym obiadem i wielką stertą niewyprasowanych ciuchów. Ale spędzony z nimi czas był tego wart. Byłam z nimi i dla nich, całą sobą. A później ze spokojem ducha, mogłam zabrać się do pracy.

WORK-LIFE BALANCE – zacznij już dziś.

Równowagi życiowej nie osiągniesz jutro. Jedynym dobrym na nią momentem jest tu i teraz. Obiecując sobie, że zaczniemy od jutra, same siebie okłamujemy, bo ani jutro, ani za rok czy za dwa nie będzie mniej do zrobienia.

Dlatego życiowa równowaga to nie przełomowy moment w naszym życiu, a raczej:

  • umiejętność podejmowania decyzji, na co poświęcamy czas;
  • świadomość tego, co jest dla nas ważne.

I to tu i teraz!

Osiągając te dwie rzeczy, stajemy się paniami swojego czasu. Decydujemy i robimy to, co zdecydowałyśmy. Aż chciałoby się powiedzieć: as simple as that (tłumaczenie: to takie proste).

Tym sposobem mamy czas na wszystko, co jest dla nas ważne. I co najważniejsze – nie szukamy winnych, a bierzmy pełną odpowiedzialność za nasze decyzje.

A jak wygląda Twoja życiowa równowaga? Wciąż o nią walczysz? Czy już się poddałaś?

Jestem bardzo ciekawa jak sobie z tym radzisz? A jeśli sobie nie radzisz, to dlaczego? Zostaw komentarz pod postem lub napisz do mnie na geeway@geeway.pl

Jestem mamą taką jak Ty, z takimi samymi problemami i codziennymi zmaganiami. Napisz do mnie.

 

Twoja Gee

 

Continue Reading

Jak wyszłam na stałe ze strefy komforu i walczyłam do końca. Kampania czas start!

Czy już Wam wspominałam, że jestem w gorącej wodzie kompana?

I to w dodatku bardzo gorącej, bo ja uwielbiam, jak się dzieje a dzieje się, wtedy kiedy działam. Od momentu, kiedy pomysł na Rutynka pojawił mi się w głowie, chciałam go jak najszybciej zrealizować. Wszelkie sprawy, które oddalały mnie od tego celu, drażniły mnie i często demotywowały.

Ale w końcu doczekałam się startu kampanii.

I co?

I żeby nie używać od razu brzydkich słów, powiem: I WIELKIE NIC!!!

Zbliżała się godzina 12:00 w piątek 10 października a ja z przyspieszonym biciem serca, dopinałam ostatnie szczegóły. Ręce pociły mi się z podekscytowania, bo to miał być właśnie ten wielki moment.

Zegar wybił południe, a mnie wydawało się, że wpłaty zaczną zalewać mnie z każdej strony. Zalał mnie, ale zimny pot a wieczorem fala łez. Na kampanii przez pierwsze kilka dni pojawiło się kilka pojedynczych wpłat (głównie od moich znajomych i rodziny, za co jestem im ogromnie wdzięczna) a wielki czar prysł.

Nie wiem, czy kiedykolwiek cokolwiek tak bardzo mnie uderzyło. Miesiące ciężkiej pracy poszły na marne, a w dodatku ponownie się wygłupiłam. Emocje i poczucie porażki przejęły nade mną kontrolę, nie potrafiłam trzeźwo myśleć, wszystko wydawało się w ciemnych barwach.

To, że początek kampanii wyglądał, jak wyglądał, a ja miałam ochotę wszystko rzucić w diabły, miało swoje dwa podłoża.

Już pierwszego dnia wiedziałam, gdzie popełniłam podstawowy błąd. Przez to, że Rutynek palił mi się w rękach, niewystarczająco zadbałam o marketingowe zaplecze. Jak to mówi Ola Budzyńska, przy tworzeniu własnych produktów: 20% to produkt a 80% marketing. U mnie te proporcje się nieco zaburzyły. Szlifowałam produkt, a zapomniałam, że warto byłoby, żeby ktoś się o nim dowiedział. A może raczej nie zapomniałam, a za mało się do tego przyłożyłam. I taki był tego efekt.

Drugi problem leżał tam, gdzie się go kompletnie nie spodziewałam. Pierwsze dni kampanii pokazały mi, że bardzo dużo osób nie rozumie idei crowdfundingu i nie do końca chętna jest wpłacać pieniądze i czekać, dwa miesiące aż karty się wyprodukują. Spływały do mnie wiadomości stylu: Dlaczego tak długo? Dlaczego nie mogę ich od razu kupić? Nie rozumiem, na czym to polega. Poza dodaniem na stronie wspieram.to jasnej instrukcji, co należy zrobić i jakie są zasady, oraz odpowiadaniu na każdą napływającą wiadomość, niewiele więcej mogłam z tym zrobić. Tym bardziej cieszyłam się z wyniku kampanii. Bo sam początek sprawił, że zwątpiłam, czy ludzie zaufają mi i portalowi wspieram.to.

Mówią, że bez ludzi daleko nie zajdziesz

Mój mąż spędził ze mną pół pierwszej nocy kampanii, tłumacząc mi oczywiste oczywistości. Że to jest jedynie eksperyment, którego potencjalny negatywny rezultat to tylko kolejne doświadczenie. Ja to wszystko rozumiałam, ale emocjonalne przywiązanie do produktu, zdecydowanie zagłuszyło racjonalne myślenie.

Kolejnego dnia, pranie mózgu zrobiła mi moja przyjaciółka z lat szkolnych. Zastała mnie w domu z podkrążonymi po nie przespanej nocy oczami, wywleczonym swetrze i miną zbitego psa. W drzwiach padło „chyba sobie ze mnie jaja robisz”. I tak po trzy godzinnej sesji bez znieczulenia, zostałam postawiona do pionu.

Miałam wybór albo się poddam, bo popełniłam błąd albo postaram się go naprawić i będę walczyła do końca.

Bye Bye Comfort Zone

Jak zapewne wiecie, podjęłam walkę. I w ten oto sposób opuściłam chyba już na zawsze swoją strefę komfortu.

Zaczęłam raz jeszcze pukać do wszelkich możliwych drzwi i rozpowiadać o swoim produkcie na lewo i prawo. Z taką samą energią, jaką tryskałam przed startem kampanii (to kazała mi zrobić moja przyjaciółka – musisz ich zarazić taką samą miłością do tego produktu, jaką zaraziłaś mnie)

Moment przełomowy był jednym z najtrudniejszych. Mimo olbrzymiego poczucia porażki, świadomości zawalenia sprawy, musiałam wstać, pobudzić pozytywną energię i działać. Gdy przypomnę sobie, jak się wtedy czułam, naprawdę zastanawiam się, w jaki sposób wykrzesałam z siebie tę siłę, aby spróbować ten jeszcze jeden raz.

Założę się, że ktoś tam na górze, musi nade mną czuwać i w kryzysowych momentach dolewa mi jakiegoś energetyka.

Nie bój się większych „NIE” JUŻ MASZ

Przed startem kampanii próbowałam się kontaktować z wieloma blogerami, serwisami parentingowymi, a także prasą i mediami. Od co poniektórych dostawałam odpowiedzi od razu, od innych wcale a jeszcze inni kazali mi spadać na drzewo.

Wszystko odbywało się w strefie komfortu w domowym zaciszu i na ekranie mojego komputera. Gdy ktoś nie odpisał lub wypowiedział się nieprzychylnie na temat mojego produktu, brałam to na klatę. Przecież mnie nie widzą, nie słyszą i znają jedynie z tego jednego jedynego maila i zaraz na pewno zapomną.

Tak czy siak, pozytywny odzew na Rutynka był zaskakująco duży, zważywszy na moje blogowe statystyki i nie za dużą widoczność w sieci.

Dało mi to już spore podstawy do tego, aby sądzić, że zdobyłam wystarczające poparcie w sieci, aby wystartować już z kampanią. Pytanie, co to znaczy wystarczające? 2, 3, 10 osób? Tego jeszcze na tamten moment nie wiedziałam. Ale moje ego było na tyle połechtane, że wyszłam z założenia, że jakoś to będzie. Optymizm wziął górę nad racjonalizmem. A moje „wystarczające” okazało się słabo satysfakcjonujące.

Nie znałam kompletnie realiów prowadzenia takiej kampanii i błędnie założyłam, że jakoś się pewnie po sieci rozniesie. Nie zupełnie się rozniosło. A wszyscy, którzy wsparli mnie w promocji, zrobili już na tamten moment, chyba wszystko, co mogli. Za co im niezmiernie dziękuję, a moje wyrazy wdzięczności zamieściłam również w podziękowaniach na ostatniej stronie instrukcji do kart.

Minął tydzień, a w kampanii niewiele się zadziało. Jedyne co mogłam zrobić to wyjść spod swojej cieplutkiej kołderki, podjąć raz jeszcze próbę skierowania uwagi „tych „większych ode mnie” na Rutynka.

Jak mawia mój mąż, „nie” już masz, nierobiąc nic. Jak kogoś zapytasz, to w najgoryszym wypadku będziesz w tym samym miejscu. A może uda się uzyskać„tak”.

Zamiast wygodnych maili, złapałam za słuchawkę i dzwoniłam, próbując zarażać entuzjazmem do mojego produktu. Przy pierwszym telefonie, drżał mi głos, a ręce pociły się jak przed egzaminem. Ale przy każdym kolejnym telefonie czułam, że nabieram pewności siebie, a ludzie chcą ze mną rozmawiać, a nawet skorzy są do tego, żeby mi pomóc. To było niesamowite uczucie.

Do osiągnięcia celu kampanii było jeszcze bardzo daleko. Ale każdy nowo nabyty kontakt, każda relacja, sprawiały, że zaczęłam wierzyć, że czasami po prostu warto zapytać. Dziękuję wszystkim patronom medialnym za wiarę w Rutynka i wsparcie kampanii w social media.

Nieświadomi motywatorzy

Mam wokół siebie ludzi, którzy we mnie wierzą, którzy mnie motywują i robią to z pełną świadomością.Ale mam też wokół siebie grono osób, które znam, a one mnie nie. A mimo wszystko działają na mnie jak motorek napędowy w motorówce. Nazywam ich „sieciowymi dobrymi duszkami”. Są to osoby, które osiągają sukcesy, mówią o tym głośno, a jednocześnie dają mi wiarę, w to, że konsekwencją, uporem i zamiłowaniem do tego, co robimy, możemy przenosić góry.

Ola Budzyńska, Patt Flynn, Chase Reeves, Steff Crowder. I to dzięki nim odważyłam się wypuścić na światło dzienne swój pierwszy produkt. To oni, przez słuchawki podłączone do telefonu i artykuły blogowe, kładli mi to głowy biznesowe mądrości, tonę motywacji i wiarę, że to wszystko ma sens.

Dziś Ola (jako jedyna z nich) już wie o moim istnieniu. A to wszystko dlatego, że pewnego bardzo wczesnego niedzielnego poranka, naszło mnie natchnienie. Wstałam o świcie i wylałam na klawiaturę, wszystko, za co chciałam jej podziękować. A następnie wysłałam do niej maila, z nadzieją, że może kiedyś go przeczyta. Przeczytała i to już w poniedziałek. Mało tego, odpisała. Mało tego, Rutynek, skradł jej serce.To wszystko przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To było już oficjalne, Ola Budzyńska, została Matką Chrzestną Rutynka.

Nowe drogi i nieznajomi pomocnicy

W trakcie kampanii Rutynka, zaczęło spływać do mnie wiele komentarzy od rodziców dzieci autystycznych, którzy mówili o potencjale kart w komunikacji z ich dziećmi. Okazuje się, ze Rutynek jest zbliżony do metody Tecch oraz Pecs, które za pomocą obrazków ułatwiają porozumiewanie się dzieci autystycznych z ich opiekunami i na odwrót.

Zaczęłam drążyć temat, a przy okazji przekonałam się, że Internet jest pełen absolutnie cudownych ludzi. Takich, którzy chcą pomóc, służą poradą i którzy bezinteresownie wspierają Cię w Twoich działaniach. Tak jakby znali Cię od zawsze.To właśnie dzięki wielu godzinom rozmów z kilkorgiem rodziców dzieci autystycznych, temat stał mi się bliski. Poświęcili mi oni, dużo swojego cennego czasu i energii, tłumacząc zasady komunikacji z autystami. Włożyli też masę zaangażowania w promowanie Rutynka w swoich społecznościach. Nawiązanie tych relacji miało dla mnie szczególną wartość. Za to im wszystkim serdecznie dziękuję.

Na koniec kampanii, pojawiło się też wokół mnie sporo nieznajomych osób, które towarzyszyły mi w najbardziej stresującym i decydującym momencie kampanii, monitorując niemalże każdą kolejną wpłatę i dodając mi otuchy. Mój meesanger nie nadążał przyjmować wiadomości w stylu „zostało już tylko 500zł, 100zł” itd. A serwery wspieram.to, miały prawo lekko się przegrzać, przez częstotliwość odświeżeń strony przez wszystkich, którzy zaciskali kciuki.

Radiowy stres, gadka na jednym wdechu, czyli od wielkiego finału dzieli nas tylko weekend.

I tak każdego dnia otwierały się inne drzwi, a ja stawałam twarzą w twarz z nowymi wyzwaniami.

W piątek dwa dni przed końcem kampanii chwilę po 9:00 na ekranie mojego telefonu wyskoczyła wiadomość z zaproszeniem do radia eska, żeby opowiedzieć słuchaczom o Rutynku. Miałam niecałą godzinę na przygotowanie merytoryczne, opanowanie emocji i dojechanie na miejsce. Wyleciałam z domu jak burza, wciąż powtarzając w głowie najważniejsze punkty do przekazania. Rozmowę nagrałyśmy w niecałe 5 min. A moja wypowiedź na jednym wdechu, puszczana była później w serwisach informacyjnych przez kolejne dwa dni.

Chyba nie muszę Wam tutaj wspominać o poziomie mojego stresu i poddenerwowania przed i podczas nagrania?:) Gdy wyszłam ze studia, chciałam Wam opowiedzieć o tym, co właśnie się wydarzyło. Średnio się to udało, bo wszystkie emocje zaczęły ze mnie schodzić, a ja się po prostu poryczałam;)

Do osiągnięcia celu kampanii zostało jeszcze sporo pieniędzy do zebrania. Wszystko mogło pójść w jedną albo drugą stronę. Zapowiadał się bardzo emocjonujący weekend.

Urodziny męża i ostatni dzień kampanii w jednym;)

Kampania kończyła się w niedzielę. W sobotę wieczorem brakowało nam już dosłownie kilku wpłat. Kładłam się spać, nie wiedząc jeszcze, co czeka mnie następnego dnia.

W niedzielę zmęczona wszystkim emocjami i szykowaniem przyjęcia urodzinowego dla męża, pozwoliłam sobie trochę dłużej pospać. Jednym słowem przespałam sukces kampanii. Bo już niedługo po północy, Rutynek przekroczył 100% celu.

Każdy pomysł to eksperyment, a każda porażka to nowe doświadczenie

Ta kampania nauczyła mnie bardzo wiele. Nie tylko z zakresu wdrażania fizycznych produktów, choć to bardzo ważny punkt całego przedsięwzięcia. Ale także pozwoliła mi zrozumieć emocjonalną stronę pracy nad własnymi produktami i niepodważalną wartość ludzi, których masz wokół siebie.

W trakcie tej kampanii:

  • Nawiązałam więcej relacji niż podczas ostatniego roku mojego blogowania.
  • Nauczyłam się, że porażki to jedynie nowe doświadczenia, które dobrze zinterpretowane, popychają nas do dalszego działania
  • Zrozumiałam, że bez ludzi, ich pomocy i wsparcia daleko nie zajdziemy
  • Pojęłam, że „NIE” masz od razu, o „TAK” musisz zapytać
  • Na własnej skórze przekonałam się, że nie ma niemożliwego, a naszymi ogranicznikami jesteśmy jedynie my sami.

Raz jeszcze dziękuję wspieraczom i wszystkim tym, co uwierzyli w Rutynka

Końcowy wynik naszej kampanii to:

112% celu

10 084 zł

196 wpłat

 A to wszystko dzięki Wam, wszystkim tym, co wsparli, podali dalej i uwierzyli w mój produkt.

Jestem Wam niezmiernie wdzięczna i mam nadzieję, że Rutynek spełni wszystkie Wasze oczekiwania.

Chciałabym Wam wszystkim i każdemu z osobna podziękować za zaangażowanie i udział w kampanii.

Twoja Gee

 

Continue Reading