Jak wyszłam na stałe ze strefy komforu i walczyłam do końca. Kampania czas start!

Czy już Wam wspominałam, że jestem w gorącej wodzie kompana?

I to w dodatku bardzo gorącej, bo ja uwielbiam, jak się dzieje a dzieje się, wtedy kiedy działam. Od momentu, kiedy pomysł na Rutynka pojawił mi się w głowie, chciałam go jak najszybciej zrealizować. Wszelkie sprawy, które oddalały mnie od tego celu, drażniły mnie i często demotywowały.

Ale w końcu doczekałam się startu kampanii.

I co?

I żeby nie używać od razu brzydkich słów, powiem: I WIELKIE NIC!!!

Zbliżała się godzina 12:00 w piątek 10 października a ja z przyspieszonym biciem serca, dopinałam ostatnie szczegóły. Ręce pociły mi się z podekscytowania, bo to miał być właśnie ten wielki moment.

Zegar wybił południe, a mnie wydawało się, że wpłaty zaczną zalewać mnie z każdej strony. Zalał mnie, ale zimny pot a wieczorem fala łez. Na kampanii przez pierwsze kilka dni pojawiło się kilka pojedynczych wpłat (głównie od moich znajomych i rodziny, za co jestem im ogromnie wdzięczna) a wielki czar prysł.

Nie wiem, czy kiedykolwiek cokolwiek tak bardzo mnie uderzyło. Miesiące ciężkiej pracy poszły na marne, a w dodatku ponownie się wygłupiłam. Emocje i poczucie porażki przejęły nade mną kontrolę, nie potrafiłam trzeźwo myśleć, wszystko wydawało się w ciemnych barwach.

To, że początek kampanii wyglądał, jak wyglądał, a ja miałam ochotę wszystko rzucić w diabły, miało swoje dwa podłoża.

Już pierwszego dnia wiedziałam, gdzie popełniłam podstawowy błąd. Przez to, że Rutynek palił mi się w rękach, niewystarczająco zadbałam o marketingowe zaplecze. Jak to mówi Ola Budzyńska, przy tworzeniu własnych produktów: 20% to produkt a 80% marketing. U mnie te proporcje się nieco zaburzyły. Szlifowałam produkt, a zapomniałam, że warto byłoby, żeby ktoś się o nim dowiedział. A może raczej nie zapomniałam, a za mało się do tego przyłożyłam. I taki był tego efekt.

Drugi problem leżał tam, gdzie się go kompletnie nie spodziewałam. Pierwsze dni kampanii pokazały mi, że bardzo dużo osób nie rozumie idei crowdfundingu i nie do końca chętna jest wpłacać pieniądze i czekać, dwa miesiące aż karty się wyprodukują. Spływały do mnie wiadomości stylu: Dlaczego tak długo? Dlaczego nie mogę ich od razu kupić? Nie rozumiem, na czym to polega. Poza dodaniem na stronie wspieram.to jasnej instrukcji, co należy zrobić i jakie są zasady, oraz odpowiadaniu na każdą napływającą wiadomość, niewiele więcej mogłam z tym zrobić. Tym bardziej cieszyłam się z wyniku kampanii. Bo sam początek sprawił, że zwątpiłam, czy ludzie zaufają mi i portalowi wspieram.to.

Mówią, że bez ludzi daleko nie zajdziesz

Mój mąż spędził ze mną pół pierwszej nocy kampanii, tłumacząc mi oczywiste oczywistości. Że to jest jedynie eksperyment, którego potencjalny negatywny rezultat to tylko kolejne doświadczenie. Ja to wszystko rozumiałam, ale emocjonalne przywiązanie do produktu, zdecydowanie zagłuszyło racjonalne myślenie.

Kolejnego dnia, pranie mózgu zrobiła mi moja przyjaciółka z lat szkolnych. Zastała mnie w domu z podkrążonymi po nie przespanej nocy oczami, wywleczonym swetrze i miną zbitego psa. W drzwiach padło „chyba sobie ze mnie jaja robisz”. I tak po trzy godzinnej sesji bez znieczulenia, zostałam postawiona do pionu.

Miałam wybór albo się poddam, bo popełniłam błąd albo postaram się go naprawić i będę walczyła do końca.

Bye Bye Comfort Zone

Jak zapewne wiecie, podjęłam walkę. I w ten oto sposób opuściłam chyba już na zawsze swoją strefę komfortu.

Zaczęłam raz jeszcze pukać do wszelkich możliwych drzwi i rozpowiadać o swoim produkcie na lewo i prawo. Z taką samą energią, jaką tryskałam przed startem kampanii (to kazała mi zrobić moja przyjaciółka – musisz ich zarazić taką samą miłością do tego produktu, jaką zaraziłaś mnie)

Moment przełomowy był jednym z najtrudniejszych. Mimo olbrzymiego poczucia porażki, świadomości zawalenia sprawy, musiałam wstać, pobudzić pozytywną energię i działać. Gdy przypomnę sobie, jak się wtedy czułam, naprawdę zastanawiam się, w jaki sposób wykrzesałam z siebie tę siłę, aby spróbować ten jeszcze jeden raz.

Założę się, że ktoś tam na górze, musi nade mną czuwać i w kryzysowych momentach dolewa mi jakiegoś energetyka.

Nie bój się większych „NIE” JUŻ MASZ

Przed startem kampanii próbowałam się kontaktować z wieloma blogerami, serwisami parentingowymi, a także prasą i mediami. Od co poniektórych dostawałam odpowiedzi od razu, od innych wcale a jeszcze inni kazali mi spadać na drzewo.

Wszystko odbywało się w strefie komfortu w domowym zaciszu i na ekranie mojego komputera. Gdy ktoś nie odpisał lub wypowiedział się nieprzychylnie na temat mojego produktu, brałam to na klatę. Przecież mnie nie widzą, nie słyszą i znają jedynie z tego jednego jedynego maila i zaraz na pewno zapomną.

Tak czy siak, pozytywny odzew na Rutynka był zaskakująco duży, zważywszy na moje blogowe statystyki i nie za dużą widoczność w sieci.

Dało mi to już spore podstawy do tego, aby sądzić, że zdobyłam wystarczające poparcie w sieci, aby wystartować już z kampanią. Pytanie, co to znaczy wystarczające? 2, 3, 10 osób? Tego jeszcze na tamten moment nie wiedziałam. Ale moje ego było na tyle połechtane, że wyszłam z założenia, że jakoś to będzie. Optymizm wziął górę nad racjonalizmem. A moje „wystarczające” okazało się słabo satysfakcjonujące.

Nie znałam kompletnie realiów prowadzenia takiej kampanii i błędnie założyłam, że jakoś się pewnie po sieci rozniesie. Nie zupełnie się rozniosło. A wszyscy, którzy wsparli mnie w promocji, zrobili już na tamten moment, chyba wszystko, co mogli. Za co im niezmiernie dziękuję, a moje wyrazy wdzięczności zamieściłam również w podziękowaniach na ostatniej stronie instrukcji do kart.

Minął tydzień, a w kampanii niewiele się zadziało. Jedyne co mogłam zrobić to wyjść spod swojej cieplutkiej kołderki, podjąć raz jeszcze próbę skierowania uwagi „tych „większych ode mnie” na Rutynka.

Jak mawia mój mąż, „nie” już masz, nierobiąc nic. Jak kogoś zapytasz, to w najgoryszym wypadku będziesz w tym samym miejscu. A może uda się uzyskać„tak”.

Zamiast wygodnych maili, złapałam za słuchawkę i dzwoniłam, próbując zarażać entuzjazmem do mojego produktu. Przy pierwszym telefonie, drżał mi głos, a ręce pociły się jak przed egzaminem. Ale przy każdym kolejnym telefonie czułam, że nabieram pewności siebie, a ludzie chcą ze mną rozmawiać, a nawet skorzy są do tego, żeby mi pomóc. To było niesamowite uczucie.

Do osiągnięcia celu kampanii było jeszcze bardzo daleko. Ale każdy nowo nabyty kontakt, każda relacja, sprawiały, że zaczęłam wierzyć, że czasami po prostu warto zapytać. Dziękuję wszystkim patronom medialnym za wiarę w Rutynka i wsparcie kampanii w social media.

Nieświadomi motywatorzy

Mam wokół siebie ludzi, którzy we mnie wierzą, którzy mnie motywują i robią to z pełną świadomością.Ale mam też wokół siebie grono osób, które znam, a one mnie nie. A mimo wszystko działają na mnie jak motorek napędowy w motorówce. Nazywam ich „sieciowymi dobrymi duszkami”. Są to osoby, które osiągają sukcesy, mówią o tym głośno, a jednocześnie dają mi wiarę, w to, że konsekwencją, uporem i zamiłowaniem do tego, co robimy, możemy przenosić góry.

Ola Budzyńska, Patt Flynn, Chase Reeves, Steff Crowder. I to dzięki nim odważyłam się wypuścić na światło dzienne swój pierwszy produkt. To oni, przez słuchawki podłączone do telefonu i artykuły blogowe, kładli mi to głowy biznesowe mądrości, tonę motywacji i wiarę, że to wszystko ma sens.

Dziś Ola (jako jedyna z nich) już wie o moim istnieniu. A to wszystko dlatego, że pewnego bardzo wczesnego niedzielnego poranka, naszło mnie natchnienie. Wstałam o świcie i wylałam na klawiaturę, wszystko, za co chciałam jej podziękować. A następnie wysłałam do niej maila, z nadzieją, że może kiedyś go przeczyta. Przeczytała i to już w poniedziałek. Mało tego, odpisała. Mało tego, Rutynek, skradł jej serce.To wszystko przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To było już oficjalne, Ola Budzyńska, została Matką Chrzestną Rutynka.

Nowe drogi i nieznajomi pomocnicy

W trakcie kampanii Rutynka, zaczęło spływać do mnie wiele komentarzy od rodziców dzieci autystycznych, którzy mówili o potencjale kart w komunikacji z ich dziećmi. Okazuje się, ze Rutynek jest zbliżony do metody Tecch oraz Pecs, które za pomocą obrazków ułatwiają porozumiewanie się dzieci autystycznych z ich opiekunami i na odwrót.

Zaczęłam drążyć temat, a przy okazji przekonałam się, że Internet jest pełen absolutnie cudownych ludzi. Takich, którzy chcą pomóc, służą poradą i którzy bezinteresownie wspierają Cię w Twoich działaniach. Tak jakby znali Cię od zawsze.To właśnie dzięki wielu godzinom rozmów z kilkorgiem rodziców dzieci autystycznych, temat stał mi się bliski. Poświęcili mi oni, dużo swojego cennego czasu i energii, tłumacząc zasady komunikacji z autystami. Włożyli też masę zaangażowania w promowanie Rutynka w swoich społecznościach. Nawiązanie tych relacji miało dla mnie szczególną wartość. Za to im wszystkim serdecznie dziękuję.

Na koniec kampanii, pojawiło się też wokół mnie sporo nieznajomych osób, które towarzyszyły mi w najbardziej stresującym i decydującym momencie kampanii, monitorując niemalże każdą kolejną wpłatę i dodając mi otuchy. Mój meesanger nie nadążał przyjmować wiadomości w stylu „zostało już tylko 500zł, 100zł” itd. A serwery wspieram.to, miały prawo lekko się przegrzać, przez częstotliwość odświeżeń strony przez wszystkich, którzy zaciskali kciuki.

Radiowy stres, gadka na jednym wdechu, czyli od wielkiego finału dzieli nas tylko weekend.

I tak każdego dnia otwierały się inne drzwi, a ja stawałam twarzą w twarz z nowymi wyzwaniami.

W piątek dwa dni przed końcem kampanii chwilę po 9:00 na ekranie mojego telefonu wyskoczyła wiadomość z zaproszeniem do radia eska, żeby opowiedzieć słuchaczom o Rutynku. Miałam niecałą godzinę na przygotowanie merytoryczne, opanowanie emocji i dojechanie na miejsce. Wyleciałam z domu jak burza, wciąż powtarzając w głowie najważniejsze punkty do przekazania. Rozmowę nagrałyśmy w niecałe 5 min. A moja wypowiedź na jednym wdechu, puszczana była później w serwisach informacyjnych przez kolejne dwa dni.

Chyba nie muszę Wam tutaj wspominać o poziomie mojego stresu i poddenerwowania przed i podczas nagrania?:) Gdy wyszłam ze studia, chciałam Wam opowiedzieć o tym, co właśnie się wydarzyło. Średnio się to udało, bo wszystkie emocje zaczęły ze mnie schodzić, a ja się po prostu poryczałam;)

Do osiągnięcia celu kampanii zostało jeszcze sporo pieniędzy do zebrania. Wszystko mogło pójść w jedną albo drugą stronę. Zapowiadał się bardzo emocjonujący weekend.

Urodziny męża i ostatni dzień kampanii w jednym;)

Kampania kończyła się w niedzielę. W sobotę wieczorem brakowało nam już dosłownie kilku wpłat. Kładłam się spać, nie wiedząc jeszcze, co czeka mnie następnego dnia.

W niedzielę zmęczona wszystkim emocjami i szykowaniem przyjęcia urodzinowego dla męża, pozwoliłam sobie trochę dłużej pospać. Jednym słowem przespałam sukces kampanii. Bo już niedługo po północy, Rutynek przekroczył 100% celu.

Każdy pomysł to eksperyment, a każda porażka to nowe doświadczenie

Ta kampania nauczyła mnie bardzo wiele. Nie tylko z zakresu wdrażania fizycznych produktów, choć to bardzo ważny punkt całego przedsięwzięcia. Ale także pozwoliła mi zrozumieć emocjonalną stronę pracy nad własnymi produktami i niepodważalną wartość ludzi, których masz wokół siebie.

W trakcie tej kampanii:

  • Nawiązałam więcej relacji niż podczas ostatniego roku mojego blogowania.
  • Nauczyłam się, że porażki to jedynie nowe doświadczenia, które dobrze zinterpretowane, popychają nas do dalszego działania
  • Zrozumiałam, że bez ludzi, ich pomocy i wsparcia daleko nie zajdziemy
  • Pojęłam, że „NIE” masz od razu, o „TAK” musisz zapytać
  • Na własnej skórze przekonałam się, że nie ma niemożliwego, a naszymi ogranicznikami jesteśmy jedynie my sami.

Raz jeszcze dziękuję wspieraczom i wszystkim tym, co uwierzyli w Rutynka

Końcowy wynik naszej kampanii to:

112% celu

10 084 zł

196 wpłat

 A to wszystko dzięki Wam, wszystkim tym, co wsparli, podali dalej i uwierzyli w mój produkt.

Jestem Wam niezmiernie wdzięczna i mam nadzieję, że Rutynek spełni wszystkie Wasze oczekiwania.

Chciałabym Wam wszystkim i każdemu z osobna podziękować za zaangażowanie i udział w kampanii.

Twoja Gee

 

You may also like

2 Comments

  1. Jestem z Ciebie taka dumna! Razem z ekipą Rutynka zrobiliście kawał dobrej roboty! Brawo, jesteście świetnym przykładem dla osób, które wciąż siedzą i czekają na cud w życiu, w pracy, w swoim hobby itp.

    Pozdrawiam :*

    1. Dziękuję Ci za przemiłe słowa. Jeśli tylko mój przykład może pokazać ludziom, że warto próbować a co najważniejsze podnosić się po porażce, a nie rzucać wszystko w diabły, to będę przeszczęśliwa. To podnoszenie się, próbowanie ten jeszcze jedne raz, to chyba najważniejsza składowa osiągania celu. Pozdrawiam

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *