Czego NIE robić, żeby zaangażować dzieci w obowiązki domowe?

Podział obowiązków nierzadko bywa przyczyna sporów i nieporozumień w wielu domach. Również zdarza się to w moim, żeby nie było 😉

Jest to temat niesamowicie szeroki i głęboki, trudny i wzbudzający wiele emocji. Poświęciłam mu ostatnio sporo uwagi. Z moich pomysłów na posty powstała niezła kobyła. Dlatego postanowiłam nie zarzucać Was od razu wszystkim tym, co siedzi mi w głowie i podzielić to na kilka osobnych wątków.

Dzisiejszy wpis będzie stricte o dzieciach i o tym, co robić, a w sumie bardziej, czego nie robić, żeby zaangażować je w obowiązki domowe.

Zanim zacznę, chciałabym, żebyś wykonała poniższe zadanie i zatrzymała się przy nim na chwilę. Ostatnio upodobałam sobie zadawanie Ci pytań. Nie dlatego, że jestem typem nadgorliwca 😉 Raczej chciałabym zachęcić Cię do zrozumienia własnych potrzeb i zachowań, ich przyczyn, a nawet ich celu.

 Zadania dla Ciebie

Wyobraź sobie taką sytuację:

Kończycie jeść wspólną kolację, dzieci wstają od stołu i biegną do swojego pokoju. Co robisz?

A) Podnosisz się i zaczynasz po nich sprzątać.

B) Prosisz, żeby wróciły i odstawiły po sobie talerzyki.

Jeśli wybrałaś odpowiedź A, zachowujesz się pewnie jak spora większość matek wychodzących z założenia, że to przecież jeszcze dzieci.

Jeśli wybrałaś odpowiedź B, należysz raczej do mniejszości próbującej włączyć dzieci w codzienne obowiązki.

Ani jedna, ani druga odpowiedź nie jest błędna, co więcej – żadna z nich nie mówi, że robisz coś źle. Pytanie tylko, czy kiedykolwiek zastanawiałaś się:

  • Dlaczego robisz to, co robisz?
  • Czy taki stan rzeczy Ci odpowiada?
  • Jaki to będzie miało wpływ na dzieci w przyszłości?
  • Jak taka analogiczna sytuacja będzie wyglądała, gdy Twoje dzieci będą starsze?

Jeśli Twoje codzienne zachowanie odzwierciedla opcja A i odpowiadając sobie na wszystkie powyższe pytania, utwierdzasz się w przekonaniu, że to, co robisz, jest dla Ciebie w porządku, czujesz się z tym dobrze. Jest oznaką tego, że taki stan rzeczy Ci odpowiada i nie masz z tym najmniejszego problemu. To jest Twoja w pełni świadoma decyzja, którą absolutnie szanuję.

Natomiast jeśli wybrałaś opcję A i nie do końca wiesz, dlaczego to robisz, nie czujesz się z tym ok i obawiasz się, że Twoje dzieci nie nauczą się pomagać w domu. Oznacza to, że czas się nad tym wszystkim zastanowić i może wprowadzić jakieś zmiany.

Przygotowałam dla Ciebie listę 4 rzeczy, których zdecydowanie nie powinnaś robić, jeśli chcesz, aby Twoje dzieci włączyły się w obowiązki domowe. Listę, do której i ja próbuję się stosować, choć czasem nie bywa to łatwe 😉

  1. Nie wyręczaj

Jako matki, mamy częste tendencje do myślenia o naszych dzieciach w kategoriach bezradnych istot, które potrzebują we wszystkim pomocy. Tak bardzo staramy się je we wszystkim wyręczać, że po jakimś czasie budzimy się z ręką w nocniku. Nagle okazuje się, że nasze dzieci są już na tyle duże, że mogłyby robić już większość rzeczy samodzielnie, ale za bardzo przyzwyczaiły się do naszej nadgorliwości.

Zaczyna się od niewinnej pomocy przy sprzątaniu zabawek, odstawianiem butów na miejsce czy wkładaniu talerza do zmywarki i wielu innych codziennych małych czynności.

Robimy tak z różnych powodów. Może to być po prostu zwyczajna matczyna troska o to, żeby nasze dziecko się nie przemęczało lub – co gorsza – myślenie: „zrobię to za niego będzie szybciej”.

Zadanie dla Ciebie

Zastanów się przez chwilę, ile razy w ciągu ostatniego tygodnia, zrobiłaś coś za swoje dziecko, bo:

  1. myślałaś, że jest zbyt zmęczone lub za małe, żeby coś zrobić;
  2. wyszłaś z założenia, że Ty zrobisz to szybciej.

Jeśli podjęłaś taką decyzje choć dwa razy w ciągu ostatnich siedmiu dni, znaczy, że Twoje tendencje do wyręczania są dość spore 😉

Robiąc te różne codzienne rzeczy za nasze dzieci, kręcimy na siebie niezłego bata. Bo nie ucząc ich tego dziś, możemy zapomnieć o egzekwowaniu nawet najmniejszych domowych obowiązków, gdy będą już starsze. Przypadkowo uczymy je, że angażowanie się w codzienne czynności, nie jest konieczne, bo zawsze ktoś zrobi je za nie.

Jako matka dwójki dzieci doskonale wiem, jak męczące czasem może być proszenie ich o zaangażowanie się w obowiązki domowe. A jeszcze bardziej znam pokusę zrobienia ich za nich.

Jednak za każdym razem, gdy schylam się, żeby posprzątać klejącą się do podłogi „ciastolinę” (bo dzieci zdążyły zająć się już czymś innym), wyobrażam sobie siebie za kilka lat sprzątającą rozrzucone kosmetyki nastoletniej córki lub brudne skarpetki dorosłego syna. I wiecie co? Działa! Myśl jest tak przeszywająca, że od razu staję do pionu 😉

  1. Nie przepraszaj

Często spotykam się z przeświadczeniem rodziców, że dzieci w dzisiejszych czasach mają zbyt dużo obowiązków – szkoła, zajęcia pozalekcyjne, prace domowe. Tyle się od nich dziś wymaga, że aż żal prosić ich o robienie czegoś w domu.

Nasze podejście potęguje wyrzuty sumienia, gdy zwracamy się do dziecka nawet z najdrobniejszą prośbą o pomoc. Co więcej, mówimy to nierzadko w przepraszającym tonie, a niekiedy nawet tłumaczymy, że to wszystko jest dla jego dobra.

Po pierwsze, prosząc, a jednocześnie przepraszając, dajemy sygnał naszemu dziecku, że nie czujemy się z tym komfortowo. Co jak co, ale emocji przed dzieckiem nie ukryjemy. A ono już doskonale będzie wiedziało, co ma z takim przesłaniem zrobić.

Po drugie, jak 5latek może zrozumieć, że sprzątnie klocków zaprocentuje kiedyś w przyszłości. Czy naprawdę sadzimy, że pomyśli: „Ok, rozumiem, muszę być odpowiedzialnym dzieckiem, żeby kiedyś móc być odpowiedzialnym dorosłym” 😉

Przyszłość dziecka nie jest ani atrakcyjną, ani namacalną, ani nawet wyobrażalną lub przetargową kartą dla niego. Ono po prostu nie rozumie przekazu.

Komunikat dla dziecka powinien:

  • dotyczyć tego, co dzieje się tu i teraz,
  • być jasny i stanowczy,
  • przekazywać informację o współpracy.

Możesz np. powiedzieć “Każdy z nas ma własne obowiązki, bo jesteśmy rodziną. To co, robisz, ma wpływ na innych. A w rodzinie wszyscy powinni się wspierać”

  1. Nie pytaj

Założę się, że jak mój mąż przeczyta ten podpunkt, na bank uśmieje się do rozpuku. A to dlatego, że pytanie dzieci o wszystko bywało moją matczyną przywarą. Czasami nadal mi się to zdarza, ale z tym walczę 😉

To wszystko dlatego, że naczytałam się kiedyś bzdur na temat „demokratycznego podejścia do dzieci” i wydawało mi się, że powinnam je o wszystko pytać. Mój mąż natomiast dostawał drgawek, gdy tylko słyszał wypowiadane przeze mnie pytania w stylu „Iguś, czy chciałbyś…?”

Dotyczyło to oczywiście obowiązków domowych, a nie tego, co ma ochotę zjeść na kolację.

Dawanie mu możliwości podejmowania decyzji, czy pokój sprzątnie teraz czy później, pokazywało mu, że każdy obowiązek może być przedmiotem negocjacji.

Bądźmy jednak realistami. Jak myślisz, co mi odpowiadał na takie pytanie? Na pewno nie była to przepełniona radością i entuzjazmem odpowiedź w stylu: „mamusiu, zrobię to teraz” a raczej: „troszkę później mamusiu, dobrze?”

„No dobrze, dobrze” – opowiadałam.

Później – tak czy siak – denerwowałam się i kończyło się na tym, że nie prosiłam, a ostatecznie kazałam mu sprzątnąć pokój. Czyli demokratyczna zagrywka kończyła się autorytatywnym rozkazem. Podważałam tym sposobem swoją spójność i narażałam się na niepotrzebne negatywne emocje.

Sęk w tym, żeby umieć dawać dziecku wybór tam, gdzie jest on możliwy, np.:

  • co zje na obiad,
  • czy ma ochotę na bluzkę w Star Wars czy w Auta,
  • czy ma ochotę najpierw umyć zęby, czy pościelić łóżko (bo to, że powinno to zrobić, nie podlega dyskusji. Może dokonać jedynie wyboru w jakiej kolejności).

Nie powinniśmy wplatać pytań wszędzie, gdzie to możliwe i pozwalać dziecku na podejmowanie decyzji w sprawach, które, tak czy siak, należy zrobić.

Pewne aspekty dnia codziennego nie podlegają negocjacji. Bo gdy zaczynamy o nich dyskutować i dawać zbyt wiele czasu na zastanawianie się nad nimi, działają one ze szkodą dla wszystkich członków rodziny. Na was – bo się złościcie. Na dzieci – bo nie uczą się odpowiedzialności i rodzinnej współpracy.

Oczywiście pytanie nie jest jednoznaczne z prośbą. Nie pytamy: „czy zechciałbyś odwiesić kurtkę na wieszak”, ale prosimy: „proszę, odwieś kurtkę na wieszak”.

Pierwsze zostawia przestrzeń do odpowiedzi „nie, nie zechciałbym”, drugie jest grzeczną formą zakomunikowania czego oczekujemy. Zauważasz różnicę?

  1. Nie ograniczaj

Chcąc dla dziecka dobrze, zdarza się nam pozbawiać je możliwości nauczenia się pewnych rzeczy.

Ścieląc siedmiolatkowi codziennie łóżko, nie pozwalamy mu nauczyć się robić tego samodzielnie.

Sprzątając łazienkę po ekspresyjnej kąpieli dziecka, nie dajemy mu szansy nauczyć się, że jak się nachlapało, to trzeba po sobie sprzątnąć.

Odstawiając po nim naczynia do zmywarki, pokazujemy, że sprząta się zawsze samo.

Robimy to często w obawie, że dzieci nie zrobią tego wystarczająco dobrze lub jest to dla nich za ciężka do wykonania czynność. Nie ważne, jakie są nasze pobudki, ważne jest to, że tym sposobem ograniczamy możliwości poznawcze naszych dzieci.

Bo jakim cudem ma się ono przekonać o prawdziwości stwierdzenia: „jak sobie pościelisz tak się wyśpisz”, skoro zawsze mama szykuje mu łózko do spania i zawsze jest miło i wygodnie. Nie zrozum mnie źle, nie namawiam Cię do pozostawienia dziecka samemu sobie, ale bardziej do dania mu odrobiny swobody i przestrzeni do popełniania błędów.

Tak na marginesie, to chyba powinnam wstawić tu zdjęcie Ignasia, jak rozkłada swoją kołdrę i prześcieradło do spania 😉 Zajmuje mu to zazwyczaj 3 sekundy i efekt jest opłakany. Staram się jednak nie rzucać i nie poprawiać tego za niego. Podkreślam staram się 😉 Bo bywa, że się rzucam. Pracuję nad sobą, żeby jednak bardziej zachęcać do robienia tego schludniej, aniżeli robić to za niego.

Podsumowując, doskonale wiem, że robienie czegoś za dzieci czasem bywa lepszym i szybszym rozwiązaniem. Pytanie tylko, czy nie jest to jedynie krótkoterminowy efekt, który może odbić się nam czkawką w przyszłości.

Pamiętajmy, że obowiązki domowe nie dzieją się w odosobnieniu od naszej rodzinnej codzienności, a są jej częścią. Aby dzieci mogły czuć się częścią rodziny, powinny być również w nich uwzględniane. O tym, dlaczego dzieci powinny pomagać w domu i jakie płyną z tego korzyści – już wkrótce.

Tymczasem zostawiam Cię z czterema NIE i ciekawa jestem, jak się na to zapatrujesz.

Czy jest coś jeszczem, co robisz, aby zaangażować dzieci w obowiązki domowe? Jak Ci idzie? A może wychodzisz z założenia, że dzieci to jeszcze tylko dzieci?  Daj znać w komentarzu.

Twoja Gee

 

4 Comments

  1. Ja też pilnuje jednego, czego nienawidziłam w dzieciństwie!

    NIE odrywam nagle dziecka od zabawy, domagając się, by rzuciło wszystko i zrobiło co chce.
    Lecz co robię w zamian, żeby bawiącego dziecka nie traktować jak nietykalnego bożka? Ano, po prostu zapowiadam mu, czego będę dziś od niego oczekiwała. Np. W trakcie obiadu wspominam, że chciałabym, by wyciągnął potem ze zmywarki.
    Czasem nie da się wszystkiego przewidzieć i omówić, dlatego gdy się bawi wchodzę i mówię “za 20 minut będziemy robić to i tamto”
    Albo “za 10 minut zrób przerwę i pomóż zrobić cośtam”.
    To działa! Dziecko nie wścieka się, że z błahych (dla niego) powodów jest odrywane od najlepszej zabawy.

    1. Masz absolutną rację, że dziecko trzeba informować o tym, co mam zaraz nastąpić i czego od niego wymagamy. Nie możemy wpadać do ich pokoju jak oszołomy i rzucać poleceniami,bo to jest po prostu wobec nich, nie fair. Świetny sposób Miniaturowa!

  2. Chyba mamy takie czasy, że zaangażowane rodzicielstwo mylimy czasami z wyręczaniem dziecka w wielu sprawach. Bardzo trafnie zauważyłaś to Gee. W poniedziałek wrzucam u siebie linka na Fanpage. Pozdrowienia z Krakowa!

    1. Niestety takie czasy;( Z jednej strony super, bo jesteśmy rodzicami, którzy są bliżej dzieci, ale z drugiej często mocno przesadzamy, chcąc chronić je przed wszystkim chronić. Dzięki:) Łodź pozdrawia:)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *