WORK – LIFE BALANCE kiedyś nadejdzie, czyli największe kłamstwo, w jakie wierzysz.

Obiecałam Wam, że już nie będę wracać do kampanii Rutynka. Jednak żeby dobrze zobrazować moje przesłanie, na chwilę chciałabym wrócić do okresu kampanii.

Na co dzień pracuję z domu. Podjęliśmy z mężem taką decyzję, aby jedno z nas, mając bardziej elastyczną pracę, mogło swobodnie odbierać dzieci, zawozić je na zajęcia czy zostawać w domu w razie ich przeziębienia.

Sądziłam, że tym sposobem uda mi osiągnąć mój wymarzony i jakże osławiony stan work-life balance. Wydawało się to takie realne. Skoro z założenia jestem w domu, na pracę poświęcam mniej czasu niż poprzednio, a jej godziny są elastyczne.

Nic tak bardzo nie zrujnowało mojej wizji jak przeprowadzenie kampanii Rutynka. Jak już wiecie z poprzednich postów, kampania kosztowała mnie sporo stresów i wysiłku. (Więcej znajdziesz tutaj i tutaj.)Przez bity miesiąc wszystkie moje myśli skupiały się właśnie na niej. Myślałam o Rutynku w dzień i w nocy. W toalecie i pod prysznicem. Przy wspólnym obiedzie z rodziną i kiedy lunch konsumowałam sama.

Przecież praca nad „swoim” miała odbywać się w sielsko anielskiej zbalansowanej atmosferze! A zamiast tego w drodze po dzieci, załatwiałam jeszcze w biegu ostatnie maile. Odkładałam na bok telefon, kiedy byliśmy już razem w domu, ale to nie oznaczało, że skończyłam pracę. Ona nadal działa się w mojej głowie. A ja tylko czekałam, aż dzieci pójdą spać, żebym mogła odpisać na zaległe wiadomości.

Wtedy zrozumiałam, że balansu nie mam. Jedyne co mam to WYBÓR

Kampania pochłonęła mnie jak niejeden duży projekt w korporacji. Zaburzyła mój balans i wtargnęła na rodzinne terytorium. Nie musiało tak być, bo mogłam iść drogą, w której nie podejmuję walki o sukces kampanii. Ale, z pełną świadomością wybrałam Rutynka. Oboje z mężem wiedzieliśmy, z czym się to wiąże. Na chwilę zniknęłam i przekierowałam całą uwagę na pracę.Teraz jestem już z powrotem, bo Rutynek okupuje drukarnię, a ja po pracy ponownie mogę spędzać świadomy czas z moją rodziną.

 Idealny stan rzeczy

Work-life balance istnieje często w naszych głowach jako wyidealizowany stan umysłu. Marzymy o nim, wizualizując sobie własną firmę, pracę z domu czy odcięcie się od korporacji, wierząc, że w przyszłości może doświadczymy życiowej równowagi.

Dyskutowałam kiedyś ze swoim znajomym o moich planach na własną firmę. Rozmowa miała zabarwienie nieco coachingowe i padło w niej pytanie: „dlaczego tak naprawdę chcę mieć coś swojego”. Ja bez wahania odpowiedziałam: „bo chce mieć w końcu czas dla swojej rodziny”. Zdziwienie w jego oczach poprzedzało pytanie: „ale czy naprawdę sądzisz, że własna firma da ci więcej swobody”.

Nie rozumiałam, o co mu tak właściwie chodzi, aż do momentu, w którym poczułam totalne wypalenie (przez przepracowanie), próbując rozkręcić pierwszy biznes internetowy. Miałam to, co chciałam, ale w żaden sposób nie zbliżało mnie to do życiowej równowagi.

Zawsze będzie coś „jeszcze” do zrobienia

Może się często wydawać, że jak już coś odhaczymy na swojej liście, coś osiągniemy, coś zakończymy, to właśnie wtedy będzie odpowiedni moment, aby zadbać o równowagę w życiu.

Nic bardziej mylnego. Po skończeniu dużego projektu w firmie, wcale nie oznacza, że kolejny, większy się nie pojawi. To tylko mrzonki i nasze nadzieje. Prasując godzinami stertę ubrań, chyba nie sądzisz, że zaraz nie wstawisz kolejnej pralki?

Zawsze będzie coś! Odkładamy równowagę na później, racjonalizując podejmowane decyzje. Na przykład postanawiamy zostać dłużej w pracy, odpowiedzieć na jeszcze jednego smsa czy napisać jeszcze jeden rozdział książki.

To Ty decydujesz, na co poświęcasz swój czas i energię

Work-life balance nie dzieje się ot tak, po prostu. Nie dostaniemy też go od nikogo w prezencie. To Ty świadomie musisz podjąć decyzję, że zaczynasz o niego dbać. Nie jak zadzieje się coś czy coś innego. Najlepiej zacznij działać tu i teraz.

Wyobraź sobie sytuacje, że rozkręcasz swoją firmę. Jak myślisz, kiedy będzie odpowiedni moment na ten idealny stan rzeczy? Jak zarobisz pierwszy tysiąc, pięć tysięcy, dziesięć, a może sto? Co będzie dla Ciebie oznaką, że już czas?

Często wydaje nam się, że jak biznes już będzie rozkręcony, przynosił większe zyski, będziemy mieli większych klientów, to wtedy będziemy mogli sobie pozwolić na spokój. Ale czy przypadkiem wtedy nie czeka nas większa odpowiedzialność, więcej oczu będzie na nas patrzeć (w przypadku np. bloga), projekty będą poważniejsze i każdy błąd u większego klienta może ciągnąć za sobą lawinę konsekwencji? Czy w takich okolicznościach będziemy w stanie nagle się „wyluzować” i zadbać o wymarzony balans?

Życiowa równowaga nie jest zależna od czynników zewnętrznych. Jest zależna od nas samych. Bo to właśnie my o niej decydujemy. Nie nasz szef, terminy, projekt czy wyzwania, jakie stawia przed nami nasza własna firma.

Równowaga jest wtedy, kiedy to Ty podejmujesz świadomą decyzję, na co poświęcasz swój czas i energię. Jeżeli nie znajdziesz na nią czasu teraz, to nie przyjdzie ona sama później. Wszystko to kwestia ŚWIADOMYCH wyborów.

Jeśli wybierasz, że chwilowo musisz poświęcić się pracy, nie obwiniaj innych za brak czasu dla rodziny, siebie czy Twoje zainteresowania. To Ty stoisz za decyzjami, które kształtują twoje życie. Mówiąc i tłumacząc, „że taka praca”, pozostawiasz swoje życie w rękach innych.

Chcę mieć więcej czasu na…

Ciągle narzekamy na brak czasu. Rozmyślamy, co moglibyśmy robić, gdyby doba była dłuższa. Gdy głębiej przeanalizujemy swój dzień, może się nagle okazać, że czasu wcale nie mamy aż tak mało, problem jest raczej z jego efektywnym wykorzystaniem.

Tracimy często czas na zastanawianie się nad niemożliwym zamiast skupić się na tym, co jest w zasięgu ręki. Jeśli powiesz sobie: „chcę mieć więcej czasu dla rodziny”, zapewniam Cię, że możesz osiągnąć to już dziś, np. dzięki odłożeniu na bok smartfona, na którym co chwila wyświetlają się powiadomienia o nowych mejlach, lub po prostu wyłączeniu wszystkich notyfikacji związanych z pocztą, komunikatorami i innymi, podobnymi aplikacjami. Wtedy podejmujesz świadomą decyzję, kiedy sięgasz po telefon, i możesz być obecna całą sobą dla swojej rodziny.

Gdy wracasz do domu, a po głowie nadal chodzi Ci praca, Twoja uwaga z chwili, którą chciałaś poświęcić rodzinie, ciągle przekierowywana jest na sprawy zawodowe.Tym sposobem ani nie poświęcasz czasu najbliższym, ani nie za bardzo możesz skupić się na przychodzących wiadomościach. Nie jest to efektywne  wykorzystanie czasu. A tym bardziej nie zbliża Cię to do osiągnięcia życiowej równowagi. Przeplatasz ze sobą te czynności, nie skupiając się dobrze na żadnej z nich.

Nie liczy się ilość, a jakość

 Narzekamy, że za mało czasu poświęcamy dzieciom, twierdząc, że dobra zabawa to np. cały wolny, bez żadnych obowiązków weekend. Problem w tym, że taki może się nigdy nie wydarzyć. Bo zawsze będzie coś do zrobienia. A to trzeba będzie ugotować obiad, wstawić zaległą pralkę czy odwiedzić dziadków lub nadrobić coś w pracy.

Pisząc ten post, można by rzec, że nadwyrężam rodzinny weekend (i daleko mi do równowagi pomiędzy pracą a rodziną), bo robię to w niedzielne popołudnie. Robię to dziś, bo wszystko wskazuje na to, że Jula nie pójdzie przez kolejne dni do żłobka. A mój czas na pracę w tygodniu diametralnie się skurczy. Dlatego podjęłam świadomą decyzję pracy w niedzielę. Ale jednocześnie całą energię od rana poświęciłam dzieciom. No może tylko 98%, bo po wygłupach na placu zabaw, musiałam uciąć sobie piętnastominutową drzemkę:)

Chcę Ci tutaj pokazać, że po pierwsze to my sami decydujemy o tym, gdzie i jak lokujemy naszą uwagę. A po drugie – czasem ważniejsza jest jakość spędzanego z kimś czasu, a nie tylko ilość. Nie możemy porównywać jakości czasu spędzanego z dziećmi przy planszówkach do oglądania z nimi filmów.

Rozumiesz, o czym mówię?

Wiedząc, co czeka mnie popołudniu (czyli praca), poranek poświęciłam dzieciom a nie dzieciom, sprzątaniu i gotowaniu jednocześnie. Skutkowało to totalnym bałaganem w domu i opóźnionym obiadem i wielką stertą niewyprasowanych ciuchów. Ale spędzony z nimi czas był tego wart. Byłam z nimi i dla nich, całą sobą. A później ze spokojem ducha, mogłam zabrać się do pracy.

WORK-LIFE BALANCE – zacznij już dziś.

Równowagi życiowej nie osiągniesz jutro. Jedynym dobrym na nią momentem jest tu i teraz. Obiecując sobie, że zaczniemy od jutra, same siebie okłamujemy, bo ani jutro, ani za rok czy za dwa nie będzie mniej do zrobienia.

Dlatego życiowa równowaga to nie przełomowy moment w naszym życiu, a raczej:

  • umiejętność podejmowania decyzji, na co poświęcamy czas;
  • świadomość tego, co jest dla nas ważne.

I to tu i teraz!

Osiągając te dwie rzeczy, stajemy się paniami swojego czasu. Decydujemy i robimy to, co zdecydowałyśmy. Aż chciałoby się powiedzieć: as simple as that (tłumaczenie: to takie proste).

Tym sposobem mamy czas na wszystko, co jest dla nas ważne. I co najważniejsze – nie szukamy winnych, a bierzmy pełną odpowiedzialność za nasze decyzje.

A jak wygląda Twoja życiowa równowaga? Wciąż o nią walczysz? Czy już się poddałaś?

Jestem bardzo ciekawa jak sobie z tym radzisz? A jeśli sobie nie radzisz, to dlaczego? Zostaw komentarz pod postem lub napisz do mnie na geeway@geeway.pl

Jestem mamą taką jak Ty, z takimi samymi problemami i codziennymi zmaganiami. Napisz do mnie.

 

Twoja Gee

 

Continue Reading

Jak wyszłam na stałe ze strefy komforu i walczyłam do końca. Kampania czas start!

Czy już Wam wspominałam, że jestem w gorącej wodzie kompana?

I to w dodatku bardzo gorącej, bo ja uwielbiam, jak się dzieje a dzieje się, wtedy kiedy działam. Od momentu, kiedy pomysł na Rutynka pojawił mi się w głowie, chciałam go jak najszybciej zrealizować. Wszelkie sprawy, które oddalały mnie od tego celu, drażniły mnie i często demotywowały.

Ale w końcu doczekałam się startu kampanii.

I co?

I żeby nie używać od razu brzydkich słów, powiem: I WIELKIE NIC!!!

Zbliżała się godzina 12:00 w piątek 10 października a ja z przyspieszonym biciem serca, dopinałam ostatnie szczegóły. Ręce pociły mi się z podekscytowania, bo to miał być właśnie ten wielki moment.

Zegar wybił południe, a mnie wydawało się, że wpłaty zaczną zalewać mnie z każdej strony. Zalał mnie, ale zimny pot a wieczorem fala łez. Na kampanii przez pierwsze kilka dni pojawiło się kilka pojedynczych wpłat (głównie od moich znajomych i rodziny, za co jestem im ogromnie wdzięczna) a wielki czar prysł.

Nie wiem, czy kiedykolwiek cokolwiek tak bardzo mnie uderzyło. Miesiące ciężkiej pracy poszły na marne, a w dodatku ponownie się wygłupiłam. Emocje i poczucie porażki przejęły nade mną kontrolę, nie potrafiłam trzeźwo myśleć, wszystko wydawało się w ciemnych barwach.

To, że początek kampanii wyglądał, jak wyglądał, a ja miałam ochotę wszystko rzucić w diabły, miało swoje dwa podłoża.

Już pierwszego dnia wiedziałam, gdzie popełniłam podstawowy błąd. Przez to, że Rutynek palił mi się w rękach, niewystarczająco zadbałam o marketingowe zaplecze. Jak to mówi Ola Budzyńska, przy tworzeniu własnych produktów: 20% to produkt a 80% marketing. U mnie te proporcje się nieco zaburzyły. Szlifowałam produkt, a zapomniałam, że warto byłoby, żeby ktoś się o nim dowiedział. A może raczej nie zapomniałam, a za mało się do tego przyłożyłam. I taki był tego efekt.

Drugi problem leżał tam, gdzie się go kompletnie nie spodziewałam. Pierwsze dni kampanii pokazały mi, że bardzo dużo osób nie rozumie idei crowdfundingu i nie do końca chętna jest wpłacać pieniądze i czekać, dwa miesiące aż karty się wyprodukują. Spływały do mnie wiadomości stylu: Dlaczego tak długo? Dlaczego nie mogę ich od razu kupić? Nie rozumiem, na czym to polega. Poza dodaniem na stronie wspieram.to jasnej instrukcji, co należy zrobić i jakie są zasady, oraz odpowiadaniu na każdą napływającą wiadomość, niewiele więcej mogłam z tym zrobić. Tym bardziej cieszyłam się z wyniku kampanii. Bo sam początek sprawił, że zwątpiłam, czy ludzie zaufają mi i portalowi wspieram.to.

Mówią, że bez ludzi daleko nie zajdziesz

Mój mąż spędził ze mną pół pierwszej nocy kampanii, tłumacząc mi oczywiste oczywistości. Że to jest jedynie eksperyment, którego potencjalny negatywny rezultat to tylko kolejne doświadczenie. Ja to wszystko rozumiałam, ale emocjonalne przywiązanie do produktu, zdecydowanie zagłuszyło racjonalne myślenie.

Kolejnego dnia, pranie mózgu zrobiła mi moja przyjaciółka z lat szkolnych. Zastała mnie w domu z podkrążonymi po nie przespanej nocy oczami, wywleczonym swetrze i miną zbitego psa. W drzwiach padło „chyba sobie ze mnie jaja robisz”. I tak po trzy godzinnej sesji bez znieczulenia, zostałam postawiona do pionu.

Miałam wybór albo się poddam, bo popełniłam błąd albo postaram się go naprawić i będę walczyła do końca.

Bye Bye Comfort Zone

Jak zapewne wiecie, podjęłam walkę. I w ten oto sposób opuściłam chyba już na zawsze swoją strefę komfortu.

Zaczęłam raz jeszcze pukać do wszelkich możliwych drzwi i rozpowiadać o swoim produkcie na lewo i prawo. Z taką samą energią, jaką tryskałam przed startem kampanii (to kazała mi zrobić moja przyjaciółka – musisz ich zarazić taką samą miłością do tego produktu, jaką zaraziłaś mnie)

Moment przełomowy był jednym z najtrudniejszych. Mimo olbrzymiego poczucia porażki, świadomości zawalenia sprawy, musiałam wstać, pobudzić pozytywną energię i działać. Gdy przypomnę sobie, jak się wtedy czułam, naprawdę zastanawiam się, w jaki sposób wykrzesałam z siebie tę siłę, aby spróbować ten jeszcze jeden raz.

Założę się, że ktoś tam na górze, musi nade mną czuwać i w kryzysowych momentach dolewa mi jakiegoś energetyka.

Nie bój się większych „NIE” JUŻ MASZ

Przed startem kampanii próbowałam się kontaktować z wieloma blogerami, serwisami parentingowymi, a także prasą i mediami. Od co poniektórych dostawałam odpowiedzi od razu, od innych wcale a jeszcze inni kazali mi spadać na drzewo.

Wszystko odbywało się w strefie komfortu w domowym zaciszu i na ekranie mojego komputera. Gdy ktoś nie odpisał lub wypowiedział się nieprzychylnie na temat mojego produktu, brałam to na klatę. Przecież mnie nie widzą, nie słyszą i znają jedynie z tego jednego jedynego maila i zaraz na pewno zapomną.

Tak czy siak, pozytywny odzew na Rutynka był zaskakująco duży, zważywszy na moje blogowe statystyki i nie za dużą widoczność w sieci.

Dało mi to już spore podstawy do tego, aby sądzić, że zdobyłam wystarczające poparcie w sieci, aby wystartować już z kampanią. Pytanie, co to znaczy wystarczające? 2, 3, 10 osób? Tego jeszcze na tamten moment nie wiedziałam. Ale moje ego było na tyle połechtane, że wyszłam z założenia, że jakoś to będzie. Optymizm wziął górę nad racjonalizmem. A moje „wystarczające” okazało się słabo satysfakcjonujące.

Nie znałam kompletnie realiów prowadzenia takiej kampanii i błędnie założyłam, że jakoś się pewnie po sieci rozniesie. Nie zupełnie się rozniosło. A wszyscy, którzy wsparli mnie w promocji, zrobili już na tamten moment, chyba wszystko, co mogli. Za co im niezmiernie dziękuję, a moje wyrazy wdzięczności zamieściłam również w podziękowaniach na ostatniej stronie instrukcji do kart.

Minął tydzień, a w kampanii niewiele się zadziało. Jedyne co mogłam zrobić to wyjść spod swojej cieplutkiej kołderki, podjąć raz jeszcze próbę skierowania uwagi „tych „większych ode mnie” na Rutynka.

Jak mawia mój mąż, „nie” już masz, nierobiąc nic. Jak kogoś zapytasz, to w najgoryszym wypadku będziesz w tym samym miejscu. A może uda się uzyskać„tak”.

Zamiast wygodnych maili, złapałam za słuchawkę i dzwoniłam, próbując zarażać entuzjazmem do mojego produktu. Przy pierwszym telefonie, drżał mi głos, a ręce pociły się jak przed egzaminem. Ale przy każdym kolejnym telefonie czułam, że nabieram pewności siebie, a ludzie chcą ze mną rozmawiać, a nawet skorzy są do tego, żeby mi pomóc. To było niesamowite uczucie.

Do osiągnięcia celu kampanii było jeszcze bardzo daleko. Ale każdy nowo nabyty kontakt, każda relacja, sprawiały, że zaczęłam wierzyć, że czasami po prostu warto zapytać. Dziękuję wszystkim patronom medialnym za wiarę w Rutynka i wsparcie kampanii w social media.

Nieświadomi motywatorzy

Mam wokół siebie ludzi, którzy we mnie wierzą, którzy mnie motywują i robią to z pełną świadomością.Ale mam też wokół siebie grono osób, które znam, a one mnie nie. A mimo wszystko działają na mnie jak motorek napędowy w motorówce. Nazywam ich „sieciowymi dobrymi duszkami”. Są to osoby, które osiągają sukcesy, mówią o tym głośno, a jednocześnie dają mi wiarę, w to, że konsekwencją, uporem i zamiłowaniem do tego, co robimy, możemy przenosić góry.

Ola Budzyńska, Patt Flynn, Chase Reeves, Steff Crowder. I to dzięki nim odważyłam się wypuścić na światło dzienne swój pierwszy produkt. To oni, przez słuchawki podłączone do telefonu i artykuły blogowe, kładli mi to głowy biznesowe mądrości, tonę motywacji i wiarę, że to wszystko ma sens.

Dziś Ola (jako jedyna z nich) już wie o moim istnieniu. A to wszystko dlatego, że pewnego bardzo wczesnego niedzielnego poranka, naszło mnie natchnienie. Wstałam o świcie i wylałam na klawiaturę, wszystko, za co chciałam jej podziękować. A następnie wysłałam do niej maila, z nadzieją, że może kiedyś go przeczyta. Przeczytała i to już w poniedziałek. Mało tego, odpisała. Mało tego, Rutynek, skradł jej serce.To wszystko przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To było już oficjalne, Ola Budzyńska, została Matką Chrzestną Rutynka.

Nowe drogi i nieznajomi pomocnicy

W trakcie kampanii Rutynka, zaczęło spływać do mnie wiele komentarzy od rodziców dzieci autystycznych, którzy mówili o potencjale kart w komunikacji z ich dziećmi. Okazuje się, ze Rutynek jest zbliżony do metody Tecch oraz Pecs, które za pomocą obrazków ułatwiają porozumiewanie się dzieci autystycznych z ich opiekunami i na odwrót.

Zaczęłam drążyć temat, a przy okazji przekonałam się, że Internet jest pełen absolutnie cudownych ludzi. Takich, którzy chcą pomóc, służą poradą i którzy bezinteresownie wspierają Cię w Twoich działaniach. Tak jakby znali Cię od zawsze.To właśnie dzięki wielu godzinom rozmów z kilkorgiem rodziców dzieci autystycznych, temat stał mi się bliski. Poświęcili mi oni, dużo swojego cennego czasu i energii, tłumacząc zasady komunikacji z autystami. Włożyli też masę zaangażowania w promowanie Rutynka w swoich społecznościach. Nawiązanie tych relacji miało dla mnie szczególną wartość. Za to im wszystkim serdecznie dziękuję.

Na koniec kampanii, pojawiło się też wokół mnie sporo nieznajomych osób, które towarzyszyły mi w najbardziej stresującym i decydującym momencie kampanii, monitorując niemalże każdą kolejną wpłatę i dodając mi otuchy. Mój meesanger nie nadążał przyjmować wiadomości w stylu „zostało już tylko 500zł, 100zł” itd. A serwery wspieram.to, miały prawo lekko się przegrzać, przez częstotliwość odświeżeń strony przez wszystkich, którzy zaciskali kciuki.

Radiowy stres, gadka na jednym wdechu, czyli od wielkiego finału dzieli nas tylko weekend.

I tak każdego dnia otwierały się inne drzwi, a ja stawałam twarzą w twarz z nowymi wyzwaniami.

W piątek dwa dni przed końcem kampanii chwilę po 9:00 na ekranie mojego telefonu wyskoczyła wiadomość z zaproszeniem do radia eska, żeby opowiedzieć słuchaczom o Rutynku. Miałam niecałą godzinę na przygotowanie merytoryczne, opanowanie emocji i dojechanie na miejsce. Wyleciałam z domu jak burza, wciąż powtarzając w głowie najważniejsze punkty do przekazania. Rozmowę nagrałyśmy w niecałe 5 min. A moja wypowiedź na jednym wdechu, puszczana była później w serwisach informacyjnych przez kolejne dwa dni.

Chyba nie muszę Wam tutaj wspominać o poziomie mojego stresu i poddenerwowania przed i podczas nagrania?:) Gdy wyszłam ze studia, chciałam Wam opowiedzieć o tym, co właśnie się wydarzyło. Średnio się to udało, bo wszystkie emocje zaczęły ze mnie schodzić, a ja się po prostu poryczałam;)

Do osiągnięcia celu kampanii zostało jeszcze sporo pieniędzy do zebrania. Wszystko mogło pójść w jedną albo drugą stronę. Zapowiadał się bardzo emocjonujący weekend.

Urodziny męża i ostatni dzień kampanii w jednym;)

Kampania kończyła się w niedzielę. W sobotę wieczorem brakowało nam już dosłownie kilku wpłat. Kładłam się spać, nie wiedząc jeszcze, co czeka mnie następnego dnia.

W niedzielę zmęczona wszystkim emocjami i szykowaniem przyjęcia urodzinowego dla męża, pozwoliłam sobie trochę dłużej pospać. Jednym słowem przespałam sukces kampanii. Bo już niedługo po północy, Rutynek przekroczył 100% celu.

Każdy pomysł to eksperyment, a każda porażka to nowe doświadczenie

Ta kampania nauczyła mnie bardzo wiele. Nie tylko z zakresu wdrażania fizycznych produktów, choć to bardzo ważny punkt całego przedsięwzięcia. Ale także pozwoliła mi zrozumieć emocjonalną stronę pracy nad własnymi produktami i niepodważalną wartość ludzi, których masz wokół siebie.

W trakcie tej kampanii:

  • Nawiązałam więcej relacji niż podczas ostatniego roku mojego blogowania.
  • Nauczyłam się, że porażki to jedynie nowe doświadczenia, które dobrze zinterpretowane, popychają nas do dalszego działania
  • Zrozumiałam, że bez ludzi, ich pomocy i wsparcia daleko nie zajdziemy
  • Pojęłam, że „NIE” masz od razu, o „TAK” musisz zapytać
  • Na własnej skórze przekonałam się, że nie ma niemożliwego, a naszymi ogranicznikami jesteśmy jedynie my sami.

Raz jeszcze dziękuję wspieraczom i wszystkim tym, co uwierzyli w Rutynka

Końcowy wynik naszej kampanii to:

112% celu

10 084 zł

196 wpłat

 A to wszystko dzięki Wam, wszystkim tym, co wsparli, podali dalej i uwierzyli w mój produkt.

Jestem Wam niezmiernie wdzięczna i mam nadzieję, że Rutynek spełni wszystkie Wasze oczekiwania.

Chciałabym Wam wszystkim i każdemu z osobna podziękować za zaangażowanie i udział w kampanii.

Twoja Gee

 

Continue Reading

Rutynek od kuchni, czyli jak było naprawdę?

Dziś już wiadomo, że kampania Rutynka zakończyła się sukcesem. Ja mogę wreszcie odetchnąć z ulgą, a Wy już niedługo będziecie mogli cieszyć się kartami w swoich domach.

Poznaliście Rutynka w tym samym dniu, kiedy ruszyła kampania, czyli trochę ponad miesiąc temu. Pomysł w mojej głowie zrodził się już w październiku zeszłego roku.

Dlaczego tak długo to wszystko trwało?

Co powstrzymywało mnie przed szybszym zrealizowaniem projektu?

Co zrobiłam źle?

Czego się nauczałam?

O tym wszystkim chciałabym Wam dziś opowiedzieć. Nie dlatego, że mam ochotę się nad sobą pożalić lub czymś pochwalić, ale żeby pokazać Wam, że mimo trudów i chwil zwątpienia nie należy się poddawać i rezygnować ze swoich marzeń. Bo wszystko, co robimy, ma sens, nawet jeśli kończy się to totalną porażką. Bo każda porażka czegoś nas uczy, przybliża do celu i sprawia, że widzimy i rozumiemy więcej. 

Sukces bez błędów, porażek, słów krytyki po prostu nie istnieje. Musisz sto razy upaść, żeby wiedzieć, jak się podnosić; musisz zebrać milion siniaków, żeby wiedzieć, że dajesz z siebie wszystko; musisz zwątpić, żeby móc uwierzyć ponownie. Gee

Rutynek – narodziny

Gdy pomysł Rutynka po raz pierwszy zrodził się w mojej głowie, byłam bardzo podekscytowana. Myślałam tylko o tym, że skoro metoda obowiązków wypisanych na kartach papieru zadziałała u nas w domu, to musi zadziałać również u innych.

Wpadłam w wir generowania pomysłów, co zdecydowanie stanowi najciekawszy element całego procesu. Luźne niezobowiązujące myśli przeradzały się w konkretniejszą wizję. Wszystko wtedy wydawało się osiągalne i w zasięgu ręki.

Później nadchodzi czas sklejania wszystkiego w całość i porządkowanie planu. Tu zaczyna się bardziej mozolna i jak dla mnie zdecydowanie mniej ciekawa praca.

Nazwa Rutynek była pierwszą i ostatnią moją propozycją. Byłam jej pewna już od samego początku i w tym aspekcie intuicja mnie nie zawiodła, bo nazwa, a później postać Rutynka, skradła Wasze serca:) I o to właśnie chodziło:)

Z samą postacią nie było już tak łatwo. Proces tworzenia głównego bohatera trwał nieco dłużej. A zaważyło na tym głównie moje niezdecydowanie i brak sprecyzowanego pomysłu, jak Rutynek powinien wyglądać.

Osobiście jestem miłośniczą stylistyki retro i vintage. Dlatego z początku naciskałam na taki właśnie look. Tak powstała wersja 1.0. Rutynka stworzona przez Karola (fotografa, a nie grafika). Mnie podobała się bardzo, ale innym – niekoniecznie. Po pierwszej propozycji, która nie spotkała się ze zbyt pozytywnym odbiorem, zawiesiłam się i nawet trochę zniechęciłam, podważając sensowność całego przedsięwzięcia.

BŁĄD nr 1

Teraz chce mi się śmiać na samą myśl, że chciałam poddać się po pierwszej próbie. Ale trochę tak było.Skoro nikomu nie podoba się to, co zrobiłam, to po co w ogóle coś robić?!

Takim myślom mówimy zdecydowane: „nie i jeszcze raz nie” i szukamy pozytywów. Na całe szczęście nie wypuściłam w świat czegoś, czego nikt by nie kupił 😉

Naszą największą słabością jest poddawanie się. Najpewniejszą drogą do sukcesu jest próbowanie po prostu, jeden, następny raz – Thomas Edison.

Zniechęcona opiniami na temat pierwszego projektu nie umiałam spojrzeć na wszystko szerzej. Krytyka wpłynęła bardzo negatywnie na moją kreatywność i nie pozwoliła mi działać dalej. Wena nie przychodziła, a ja stresowałam się coraz bardziej.

BŁĄD nr 2

Stres i presja zabijają kreatywność, nie pozwalając nam rozwinąć skrzydeł. Działają jak blokady, przez które wena i dobre pomysły nie potrafią się przebić. Zdecydowanie tak zadziałało to u mnie.

Dlatego odpuściłam. Pozwoliłam sobie odetchnąć i odłożyłam Rutynka na bok. Zajęłam się czymś innym, ale nie przestałam o nim myśleć. Pozwoliłam swojej głowie się przewietrzyć i nabrać do wszystkiego dystansu.

Kreatywność rozkwita tam, gdzie jest bezpieczeństwo i akceptacja. Rozkwita wśród przyjaciół, więdnie wśród wrogów. Elizabeth Gilbert

I w końcu przyszło samo

Po kilku tygodniach przypomniałam sobie o Basi, graficzce z czasów gdy pracowałam dla Smyka. Miałyśmy okazję wspólnie pracować i tworzyć modowe kolekcje dla najmłodszych odbiorców. Tworzyłyśmy niezły team i już wtedy rozumiałyśmy się bez słów.

Zadzwoniłam, wyżaliłam się, a Basia od razu wiedziała, czego potrzebuję. Z dwóch nadesłanych wersji naszego bohatera wybrałam tę, która od razu do mnie przemówiła.

Mniej więcej w marcu tego roku Rutynek był bardzo bliski ujrzenia światła dziennego, ale… pojawiły się kolejne przeszkody.

Początkowo Rutynek miał być jedynie produktem internetowym, do ściągnięcia i wydrukowania w domu. Taka internatowa, prosta wersja kart, która nie wymagała dużych finansowych nakładów.

Cztery paskudne baby

Plany się pokrzyżowały, gdy na swojej drodze spotkałam cztery paskudne baby (one i tak wiedzą, że je kocham), z którymi w międzyczasie założyłam grupę przedsiębiorczych kobiet Master Mind. Na jednym z naszych spotkań przedstawiłam im Rutynka, opowiedziałam o całym planie i zapytałam o opinię.

W skrócie: totalnie zrujnowały moją wizję wypuszczenia Rutynka na światło dzienne w ciągu najbliższego miesiąca.

– Nie możesz wrzucić Rutynka na domową drukarkę – mówiły. – Straci cały swój urok, kartka z drukarki szybko się zniszczy, to nie ma sensu. Rutynek zasługuje na porządny papier, nasycony kolor i solidne opakowanie.

Podcięte skrzydła

Wróciłam do domu z podciętymi skrzydłami, resztkami energii i brakiem motywacji do dalszego działania. Przecież byłam tak blisko, a one twierdzą, że to wszystko nie ma sensu. Złościłam się, bo w głębi czułam, że mają rację.

Irytowałam się, bo lubię wdrażać projekty w życie, a nie rzeźbić je miesiącami. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze sporo pracy. Znowu…

BŁĄD nr 3

Krytykę mojej pracy przyjmuję bardzo osobiście. Mam czasem poczucie, że opinia na temat moich projektów, to opinia na temat mojej osoby.

Nic bardziej mylnego. To że pomysł nie wypalił, nie oznacza, ze my sami jesteśmy nieudacznikami.To, co robimy w biznesie, to eksperymenty. Bez nich nie jesteśmy w stanie osiągnąć celu. Jeśli eksperyment się nie udaje, trudno – będzie następny. A to kim jesteśmy definiujemy przez umiejętność podnoszenia się i działania ten jeszcze jeden raz.

Zatem otrząsnęłam się i zaczęłam obmyślać plan

Ale jak to wszystko sfinansować?

Plusem zrobienia produktu stricte internetowego był niski finansowy nakład z mojej strony. Opcja fizycznych kart to już niestety większe przedsięwzięcie i spore koszty.

Obawiałam się tej opcji, bo już raz utopiłam sporą sumę pieniędzy w czymś, czym ludzie niespecjalnie byli zainteresowani. Dlatego tym razem chciałam jak najbardziej ograniczyć ryzyko.

Tak powstał pomysł na kampanię crowdfundingową, dzięki której mogłam:

  • przetestować zainteresowanie klientów,
  • sprawdzić, czy produkt znajdzie swojego odbiorę,
  • zebrać finansowanie na realizację całego przedsięwzięcia.

Jeżeli taka przedsprzedaż by się nie powiodła, jedyne ryzyko jakie ponoszę, to brak środków na realizację projektu, równoznaczne z brakiem zainteresowania ze strony rynku. Wtedy cały eksperyment zostaje zakończony bez większych kosztów (poza poświęconym czasem).

Jeżeli kampania się udaje, to znak, że produkt się podoba i warto dalej działać. Dzięki temu uzyskuję finasowanie i zdecydowanie łatwiej jest mi wystartować.

W ten oto sposób stworzyłam sobie kolejny duży projekt do zrealizowania.

Klasyk – Najpierw robię, później myślę

Dokładnie tak, jak mam to w zwyczaju, najpierw zrobiłam, a później pomyślałam.

Zamiast najpierw zająć się sprawami mozolnymi (typu przeczytanie wszystkich informacji na temat tego typu kampanii), z wielkim podekscytowaniem rzuciłam się na najciekawszy element całego przedsięwzięcia, czyli robienie filmiku promocyjnego.

I tym sposobem z moim bratem nakręciliśmy filmik, przy którym była oczywiście świetnie się bawiliśmy. A cała masa podpunktów dotycząca stworzenia takiej kampanii leżała odłogiem.

Zastał nas kwiecień. Coś tam przeczytałam na temat crowdfundingu, ale – mówiąc szczerze – nie poświęciłam temu więcej niż dwa dni. To było takie nudne i tak totalnie nieekscytujące…

BŁĄD nr 4

Całość należy realizować równomiernie. Rzeczy ciekawe, przeplatać z mniej ekscytującymi. To pomaga utrzymać energię podczas całości, a nawet większości prac. Niby to wiem, ale tym razem zupełnie się do tego nie zastosowałam.

„Twoja prawdziwa praca to branie się w garść we wszystkich fazach procesu twórczego. Wszystko od czasu do czasu jest do dupy. Musisz wiedzieć, jakie beznadziejne okoliczności jesteś gotowy znosić. Prawidłowe pytanie brzmi: Co pasjonuje cię na tyle, żebyś potrafił znieść najbardziej nieprzyjemne aspekty tej pracy?” Elizabeth Gilbert

Już prawie to mam, ale….

Wybrałam platformę, stworzyłam cały opis kampanii, wrzuciliśmy filmik no i wydawałoby się, że już prawie wszystko gotowe.

Planowany start kampanii, zaraz po naszych wakacjach. Ustaliłam nieodwołalny termin startu 6 czerwca.

Z wakacji w maju wróciłam totalnie rozbita. Wybiłam się z rytmu pracy i ciężko było mi zebrać myśli. Jak zwykle w takich sytuacjach wołałam o pomoc swojego osobistego specjalistę ds. sprowadzania mnie na ziemię – mojego męża.

Zwykle jest tak, że tylko gdy poproszę go o pomoc, to zazwyczaj wszystko mi opada. Spojrzał dogłębniej na mój plan i jemu też wszystko opadło.

Dla sprostowania – ja – jestem działaczem, robota pali mi się w rękach, jak już wspomniałam wcześniej – robię, potem myślę. Mój mąż natomiast 25 razy sprawdzi i przemyśli, potem znowu przemyśli, a następnie konsekwentnie i ostrożnie działa. Jednym słowem tworzymy niezły zespół, bo on szybciej myśli, a ja robię 😉

I tak nadszedł ostateczny termin na rozpoczęcie kampanii – a ja, po rozmowie z mężem, na liście miałam masę rzeczy, którymi powinnam zająć się jeszcze przed startem.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wkurzona byłam, że w ogóle poprosiłam go o pomoc. Jednak trwało to tylko moment, bo zaczęło do mnie docierać, że on znowu ma rację.

BŁĄD nr 5

Nie wiem, czy to wada czy zaleta. Pewnie zależy od okoliczności. Zdecydowanie nie lubię dłubać, wyszukiwać informacji i analizować. Wolę działać. Choć jak się okazuje, czasem warto pomyśleć. Jeśli jesteś taka jak ja, znajdź sobie kogoś, kto jest bardziej analityczny i skrupulatny. Jeśli jesteś z tej drugiej grupy, zdecydowanie miej przy sobie aktywatora 😉 Nie ma raczej osób 2w1, dlatego dobrze jest się uzupełniać. I to najlepiej na każdy etapie projektu.

Z perspektywy czasu decyzja o wstrzymaniu startu kampanii była jedną z lepszych, jaką podjęłam.

Upadłam ponownie

Perspektywa kolejnych miesięcy pracy podcięła mi skrzydła, ale podniosłam się, zebrałam w sobie i działałam dalej.

Tym razem zajęłam się kontaktami w sieci, pisaniem e-booka (który był jedną z nagród podczas trwającej kampanii) oraz dopinaniem kampanii finansowo.

Powyższymi zadaniami zajmowałam się do września. Wakacje nie są najlepszym czasem ani na informowanie świata o swoim produkcie, ani na motywację do działania.

Wytrwałam, odhaczyłam, a kampania w końcu ruszyła.

„Ukończenie czegoś jest już osiągnięciem samym w sobie. I do tego rzadkim. Ludzie nie kończą! Pełni zapału rozpoczynają ambitne projekty i grzęzną w niepewności i wątpliwościach.” Elizabeth Gilbert

Ale czy zrobiłam wszystko, co powinnam? Czy aby na pewno dobrze się przygotowałam? Co mogłam zrobić lepiej? Dlaczego z początku spisałam kampanię na straty? Kto mi pomógł? Jak wyszłam na stałe ze strefy komfortu? Jak walczyłam do ostatniego momentu? I czego się nauczyłam?

O tym wszystkim napisze Wam już w kolejnym poście.

Twoja Gee

Continue Reading

Wciąż prosisz i powtarzasz, a Twoje dziecko ma Cię w d….

Prosisz kilkukrotnie o coś swoje dziecko, a czujesz się jakbyś wciąż mówiła do ściany?

 Starasz się podejść je sposobem, ale niewiele to daje, bo w odpowiedzi słyszysz ciszę lub przeszywające NIE?

 Zdarza Ci się unieść, bo ileż razy można powtarzać, ale wtedy zwykle jest jeszcze gorzej?

Mogę powiedzieć Ci jedno: nie jesteś osamotniona. Chyba każdy rodzic przez to przechodzi.

Nic mnie bardziej nie wyprowadza z równowagi niż lekceważenie moich próśb typu: sprzątnij, proszę, w pokoju, umyj zęby czy pościel łóżko.

Z reguły staram się być miła i spokojna, mówić zachęcającym tonem i nie wprowadzać niepotrzebnie nerwowej atmosfery. Rezultaty są wtedy 50:50. Raz się udaje, a raz nie ma mowy o współpracy.

Przecież z nim rozmawiam, tłumaczę, zachęcam

ale czasem czuję się, jakbym rzucała grochem o ścianę!

Mycie zębów, ubieranie się, ścielenie łóżka, odstawianie naczyń do zlewu to czynności, które niezmiennie powtarzają się każdego dnia. Wychodzę z założenia, że dyskusje czy sprzeczki na ich temat są absolutnie zbędne i zabierają nam bardzo dużo czasu, energii i cierpliwości.

Niestety Ignaś wielokrotnie się przeciw nim buntował, przedłużał i mówił, że ich nie zrobi.

Przez takie sytuacje spóźnialiśmy się często do przedszkola. Rozstawaliśmy się też w mało ciekawej atmosferze. Bo już o poranku zdążyliśmy się wszyscy na siebie zezłościć. Później Ignaś przepraszał i mówił, że już będzie nas słuchał, gdy go o coś prosimy. Następnego dnia sytuacja powtarzała się.

To mnie wykańczało. Wieczne powtarzanie, proszenie, rozmowy, że tak nie można. Znacie to? Czułam, że wszystko wymyka się spod kontroli. a my denerwowaliśmy się, że jesteśmy bezradni.

Byłam w kropce. Miałam wrażenie, że moje wysiłki i dobre chęci idą na marne. Moje dziecko zaczęło dorastać, a chęć bycia niezależnym stawała się coraz bardziej wyraźna.

Im dziecko starsze, tym więcej dyskusji, przedłużania, buntu, podkreślania własnego zdania i tekstów w stylu: „no i?” „dlaczego mam robić to, co Ty mi każesz?” i wiele innych.

Spędziłam godziny, dni, tygodnie, a nawet miesiące na szukaniu właściwego rozwiązania. Szukałam informacji w Internecie, przeczytałam mnóstwo książek, pytałam innych mam. Aż w końcu doszłam w czym rzecz.

Dzieci mają obowiązki w d…, z tego samego powodu co Ty!

Dla nas dorosłych oczywiste jest, że codziennie musimy się umyć, ubrać, zjeść śniadanie. Dla dzieci ten aspekt jest daleki od oczywistości. Te czynności to jedynie “przeszkadzajki”, które odciągają je od fajnych rzeczy.  Dlatego, gdy prosiliśmy o coś Ignasia, on odpowiadał “zaraz” i wracał do świata zabawy. Po czym oczywiście, po chwili zapominał o tym, co miał o zrobienia.

Wkraczaliśmy w jego świat z niewygodnymi wymaganiami, gdy on w głowie miał jedynie zabawę. Trudno się dziwić to jeszcze dziecko.

My dorośli, choć ciężko się pewnie niektórym przyznać, też nieraz mówimy sami sobie “zaraz”, odkładając mniej przyjemne rzeczy na potem (czyt. obowiązki). Zanurzamy się w strefę komfortu jak np. oglądanie seriali, czytanie książek czy inne. Udając, że nie mamy nic do zrobienia. Czyż nie?

To się moi mili nazywa prokrastynacja, czyli odkładanie nieuniknionego na później.

Dlatego nie dziw się, gdy np. prosisz swoje dziecko o zakończenie zabawy i sprzątniecie klocków, on jest daleki od spełnienia Twojej prośby. Odrywasz go od zabawy, czegoś przyjemnego, a prosisz o sprzątanie!

Come on!

Rozumiesz, w czym rzecz?

W całej tej układance zabrakło nam jednego elementu

Gdy Ignaś był mniejszy, nasza współpraca była rewelacyjna. Wszystko odbywało się według pewnych schematów i planu. Znał rytm dnia i wszystkie rytuały. Wiedział, że gdy je kolację, zaraz będzie książeczka na dobranoc i czas spania. Świetnie się w tym odnajdował i rewelacyjne z nami współpracował. Nie miał zbyt wielu obowiązków, a we wszystkim pomagali rodzice.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy zaczęliśmy od Ignasia więcej wymagać, a jednocześnie jego poczucie niezależności i własnego zdania zaczęło się rozwijać.

Zaczął się sprzeciwiać, przedłużać i nie robić tego, o co go prosimy. Skupiliśmy wtedy całą uwagę na rzekomym buncie, zaniedbując przy tym naszą… codzienną rutynę.

Zapomnieliśmy o fundamentach dobrej komunikacji z Ignasiem. O tym, że przecież dzieci lubią wiedzieć, co po czym następuje. Bo przecież, gdy znają plan, rytuały i zasady, czują się bezpieczniej i lepiej wtedy współpracują.

Niemowlaki czują się bezpiecznie, gdy rodzice poruszają się w powtarzalnym rytmie dnia. Daje to maleństwu poczucie komfortu, że wszystkie jego potrzeby zawsze będą na czas zaspokojone. Bo gdy mamusia kąpie, to wiadomo, że zaraz będzie karmienie. Codziennie przecież tak jest, prawda?

W przypadku dzieci starszych odnosi się to bardziej do zasad ogólnie panujących w domu. Dzieci poruszające się w środowisku, gdzie określony schemat dnia powtarza się codziennie, czują się bezpieczniej, ponieważ wiedzą:

  • jaki jest plan dnia oraz co po czym w ciągu dnia następuje;
  • czego oczekują od nich rodzice;
  • jakie są ich codzienne obowiązki, gdyż taką listę wspólnie z rodzicami stworzyli.

No dobra, ale jak ma się prokrastynacja do rutyny?

Codzienne obowiązki najlepiej wykonywać rutynowo, bez większego zastanawiania i rozczulania, że nam się nie chce. Gdybym tak codziennie rano dywagowała, czy chce mi się wstawać, myć i iść do pracy, traciłabym jedynie swoją energię. Bo oczywistym jest, że te rzeczy muszę zrobić.

Tak samo powinno być z dziećmi. Codzienne obowiązki i tak trzeba wykonać.

Bo jak to tak w piżamie i bez mycia zębów do przedszkola?

A im więcej my upominamy dzieci i im bardziej one się sprzeciwiają, tym więcej tracimy wszyscy energii na przepychanki, sprzeczki i konflikty.

Dlatego codzienne obowiązki najlepiej zamienić w nawyk.

A nawyk to nic innego jak zautomatyzowana czynność, którą nabywa się w wyniku ćwiczenia (według Wikipedii).

Znalazłam rozwiązanie!

Połączyłam dwie rzeczy:

BUDOWANIE NAWYKÓW

i

ELEMENT ZABAWY

Tak, aby zachęcić Ignasia do codziennych obowiązków poprzez zabawę. A jednocześnie konsekwentnie wypracowywać w nim nawyk, wykonywania tych wszystkich, mniej przyjemnych, czynności w ciągu dnia.

Spisałam wszystkie czynności, jakie Ignaś powinien robić rano. Wszystkie obowiązki umieściłam na osobnych kartkach tak, aby były bardziej czytelne i łatwiejsze do zapamiętania.

Pokazałam je Ignasiowi. Wspólnie ustaliliśmy, które z kart będą należały do jego obowiązków, a w których potrzebuje jeszcze pomocy. Ustaliliśmy, że będziemy do nich codziennnie wspólnie zaglądać, a on będzie odkładał wykonane zadania na bok.

Karty bardzo mu się spodobały, wieczorem je przeglądał i czytał wszystkie napisy. Rano rozłożyliśmy je na blacie w kuchni i zaczęliśmy naszą przygodę.

Jak nam szło?

Z początku z wykonywaniem samych czynności było różnie. Trochę narzekał, że nie chce mu się ich wszystkich wykonywać, że za dużo itd. Podobała mu się jednak idea odkładania karteczek na bok.

Tak dzień w dzień, wracaliśmy do Rutynka, czasem z większym, czasem z mniejszym zaangażowaniem. Ale codziennie.

Chwaliliśmy Ignasia za samodzielność i dziękowaliśmy za pomoc w organizacji dnia. Mówiliśmy mu, że jest to dla nas bardzo ważne i docenialiśmy, że się angażuje.

Aż pewnego razu Ignaś rano przyszedł do kuchni, oznajmiając nam, że już się umył, ubrał, pościelił łóżko i jest gotowy do śniadania.

Szczękę zbierałam z podłogi! Pierwszy poranek, bez upominania, napiętej atmosfery, zbędnego pośpiechu.

Mamy to! Mamy nawyk!

 – „Skoro zadziałało to u nas, to może zadziała u innych” – pomyślałam

Tak powstał Rutynek, czyli karty codziennych obowiązków dla dzieci.

Rutynek to mały pomocnik Twojego dziecka. Za pomocą kart, krok po kroku, pokazujesz mu jakie obowiązki powinien wykonać rano, w ciągu dnia i wieczorem.

Karty pomagają sprawnie, bez narzekania, a często nawet z uśmiechem na twarzy, przejść przez kolejne etapy dnia.

Zamiast słuchania zrzędliwych rodziców, którzy zawsze czegoś chcą, dziecko ma okazję do samodzielnej zabawy w odhaczanie obowiązków.

ZAMIAST UPOMINANIA – FAJNA ZABAWA

ZAMIAST ZŁOŚCI – PRZYJEMNA ATMOSFERA

ZAMIAST MARNOWANIA CENNYCH MINUT I GODZIN NA PRZEPYCHANKI, CZAS NA TO, CO ZDECYDOWANIE PRZYJEMNIEJSZE 

Rutynek jeszcze się nie zmaterializował

Aby tak się stało i aby mógł on pomagać większej liczbie dzieci i rodziców potrzebne jest Twoje wsparcie.

Na www.wspieram.to/Rutynek ruszyła kampania, która ma na celu uzbieranie środków potrzebnych na wyprodukowanie kart.

 

Jeśli chciałabyś, żeby Rutynek znalazł się i w Waszym domu, wesprzyj proszę mój projekt. Jeśli myślisz, że Rutynek może przydać się również u innych, to podziel się informacją o niej ze znajomymi. W ten sposób zwiększą się szanse na sukces tej kampanii. Im nas więcej, tym większe szanse na to, że Rutynek trafi pod polskie dachy, w tym i Wasz.

Jak działa kampania?

Kampania na wspieram.to pozwala sprawdzić, czy te karty są czymś, z czego inni też chcieliby skorzystać. Obecnie sprawdzam czy spodobają się Wam na tyle, że będziecie chciały je wesprzeć i sprawić, że znajdą się i u Was w domu.

Każdy może się zapoznać z opisem tego produktu na wspieram.to i go kupić (korzystając z nagród po prawej stronie). Jeżeli będzie wystarczająco zainteresowanych i uda się uzbierać minimalną kwotę potrzebą do realizacji (9000 tys. pln), to karty zostaną wyprodukowane, a wszyscy wspierający dostaną karty najpóźniej w listopadzie. Jeżeli nie uda się uzbierać minimalnej kwoty potrzebnej na wyprodukowanie tych kart, to pieniądze wrócą na konto wspierających, a karty nie zostaną wyprodukowane.

O tym jak działają takie platformy możesz więcej dowiedzieć się np. tutaj.

 

Pozdrawiam, Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading

Jak odzyskałam tożsamość i dlaczego w ogóle ją straciłam? Krótka historia matki wariatki.

Sobotni poranek mijał jak zwykle

Zjedliśmy wspólne śniadanie, potem ja ogarnęłam mieszkanie, a Mati dopilnował, żeby dzieci się umyły i ubrały, a następnie wsiadłam do auta i pojechałam na zakupy.

Włączyłam radio i w myślach zastanawiałam się, co na dzisiejszy obiad i co jeszcze jest w domu do nadrobienia. Muzyka i głos radiowego komentatora brzęczały gdzieś w tle. Cichutko, bo dopiero wyrwałam się z gwaru i hałasu panującego na co dzień w domu.

Nagłe poczułam…

…jakby ktoś zaczął wyrywać mnie z głębokiego snu. Pierwsze takty rozpoczynającego się utworu przywracały mnie do stanu świadomości. Czułam, jak muzyka rozbudza moje ciało kawałek po kawałku. Budzi je do życia, dodaje mu energii. Nagle zorientowałam się, że jestem tu i teraz, jadę autem, a moje ciało podryguje w rytm hitu z licealnych lat. Pogłośniłam muzykę na cały regulator, a z moich ust zaczęły wydobywać się słowa piosenki. Śpiewałam…, a może nawet krzyczałam na całe gardło…, czułam się cudownie…, czułam, jak rozpiera mnie adrenalina. Poczułam się tak, jak w sobotni poranek 15 lat temu, gdy w planach miałam wieczorne wyjście z przyjaciółmi. Ale po chwili zdałam sobie sprawę, że przecież nigdzie dziś nie wychodzę, co więcej – nie wychodziłam przez ostatnie dwa lata.

Wtedy dotarło do mnie, że nie robię już tego, co kocham, nie spotykam się z przyjaciółmi, nie tańczę, nie cieszę się życiem tak jak kiedyś. Zdałam sobie sprawę, że straciłam siebie i swoją tożsamość.

Nie zrozum mnie źle, kocham moją rodzinę i moje dzieci. Uwielbiam spędzać z nimi czas i są całym moim życiem. Ale gdzieś w ferworze codziennych obowiązków i natłoku wszystkiego zaginęłam gdzieś ja i moje potrzeby.

Tego poranka nie zmieniłam piosenki, bo była za głośnio, tego poranka ta piosenka zmieniała mnie, bo moje potrzeby gdzieś ucichły.

Pozwól, że powiem Ci dzisiaj, dlaczego tak się stało u mnie i dlaczego tak dzieje się u Ciebie.

Mamy zatracają siebie ponieważ:

1. Poczucie obowiązku zaćmiewa ich potrzeby

My kobiety zawsze mamy coś do zrobienia. Naszykować śniadanie, obiad, kolację, wstawić pralkę, wyszykować dzieci, sprzątnąć łazienkę, dokończyć prezentację na następny dzień do pracy, zadzwonić do lekarza i umówić wizytę dla dzieci. I tak w kółko.

Ogólnie rzecz ujmując, nie zatrzymujemy się, a nasze mózgi cały czas nad czymś pracują. Przez to, że nasza lista zadań się nie kończy, dajemy sobie przyzwolenie na zapominanie o sobie. Bo o sobie jest zapomnieć najłatwiej. Gdy masz coś do zrobienia, poczucie obowiązku i tego, że nie możesz nikogo zawieść, jest tak silne, że własne potrzeby i małe przyjemności odkładasz na bok.

2. Ich życie po brzegi wypełnione jest dziećmi

Wstajesz rano – dzieci.

Wracasz z pracy – dzieci.

Wieczorem chcesz położyć się spać – znowu dzieci.

Są z nami od rana do wieczora. Zajmujemy się nimi, ich potrzebami, wozimy na zajęcia, robimy wszystko, żeby były szczęśliwe. Całą energię im poświęcamy.

I nie ma w tym nic złego, nie zrozum mnie źle. Ale gdy Twoje życie kręci się tylko i wyłącznie wokół dzieci, na Ciebie i Twoje potrzeby nie ma już czasu. A żebyś mogła dawać im swoją miłość i zaangażowanie, musisz uzupełniać swoje pokłady energii. Nie przychodzi ona znikąd, musisz o nią zadbać, robiąc coś dla siebie. Naucz się asertywnie mówić: mam teraz chwilę dla siebie.Z początku wydaje się, że jest to trudne i ściskające za serce zadanie. Z czasem staje się łatwiejsze, a efekty nieocenione.

3. Przestały myśleć o własnym zdrowiu i wyglądzie, bo brakuje im na to czasu

Obowiązki, praca, dom, dzieci. To wszystko zajmuje olbrzymią ilość czasu w ciągu dnia. Czasem brakuje Ci czasu na wywiązanie się z codziennych zadań, a co dopiero na chwilę dla swojego wyglądu i zdrowia. I znowu najłatwiej zrezygnować jest z siebie, bo nikt się nie dowie.

Zaniedbując zdrowie, poprzez np. jedzenie w biegu, picie energetyków i brak snu, narażasz siebie, a przy tym całą rodzinę. Bo chyba nie myślisz, że takie postępowanie pozostaje obojętne dla Twojego organizmu?

Nie przykładając wagi do tego, jak wyglądasz, bo rano nie masz czasu na makijaż czy po południu na kosmetyczkę, obniżasz poczucie własnej wartości. Wyglądając źle, możesz czuć się gorzej. Idąc do fryzjera, na masaż, na manicure, pokazujesz sobie i światu: lubię siebie, dlatego o siebie dbam.

Pamiętaj widzą to też Twoje dzieci. One chcą mieć zadowoloną, zdrową, dobrze wyglądającą, wyspaną i pełną energii mamę.

4. Utraciły wolność, którą kiedyś miały i nie potrafią jej odzyskać w nowej rzeczywistości

Dzieci wkraczają w nasze życie i odbierają nam wolność, którą kiedyś miałyśmy. Racja i fakt niezaprzeczalny.

Ale czy ktoś kiedyś Ci powiedział, że dzieci nic nie zmieniają? Zmieniają i to dosłownie wszystko. Pytanie tylko, jak Ty odpowiesz na tę zmianę. Będziesz się już do końca życia użalać, że nie masz czasu na swoje pasje, bo masz dzieci? Czy może raczej znajdziesz sposób jak to pogodzić? Bo przecież jedno i drugie jest dla Ciebie ważne.

Jak odzyskać tożsamość?

  • Nie porównuj przeszłości do teraźniejszości. Już nigdy nie będziesz miała tyle czasu co kiedyś, pogódź się z tym. Znajdź rozwiązanie.
  • Zastanów się, co kiedyś sprawiało, że się uśmiechałaś i tryskałaś energią. Wyjścia z przyjaciółmi? Wspinanie się po górach, taniec, rysowanie, oglądanie seriali?
  • Znajdź lukę w grafiku i znajdź czas w tygodniu na przyjemność, która doda ci energii.
  • Jeśli jej nie masz, zastanów się z jakiego obowiązku możesz zrezygnować w ciągu tygodnia lub w czym może Cię ktoś wyręczyć, np. mąż.
  • Wpisz sobie tę rzecz w grafik i poinformuj rodzinę, że ten czas należy do Ciebie.
  • Wykonuj tę czynność co tydzień, nie szukaj wymówek, typu bałagan w domu, zaległe maile czy inne. Ten czas jest dla Ciebie – szanuj go.
  • Gdy Ci się nie chce, przypomnij sobie ostatni raz, kiedy zrobiłaś coś dla siebie i jak się potem czułaś.

Ja tego sobotniego poranka zdałam sobie sprawę, jak bardzo zatraciłam siebie.

Postanowiłam to zmienić, ale wcale nie było to takie łatwe, jak mogło się wydawać. Przechodziłam przez różne fazy: ekscytację, zmęczenie, poczucie, że to nie ma sensu, że jak ja mogę zostawić dzieci i wychodzić. Czasem po prostu zapominałam, że miałam zrobić coś dla siebie. Przypominałam sobie, gdy byłam znowu bardzo zmęczona i pozbawiona energii. Wtedy było już często za późno. Bo nastrój i humor, opadał, a ja byłam zmizerniała i nic mi się już nie chciało.

Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, żeby czas dla siebie stanowił żelazną zasadę każdego tygodnia. Żeby zmienił się w nawyk i Twój mały rytuał.

Przyznam się do jednego…

Mimo tego że coraz łatwiej jest mi szanować swój czas, niestety znowu zaczynam od nowa. Mam postanowienie i zamierzam w nim wytrwać. Od września, gdy sezon urlopowy ucichnie, dzieci wybędą z domu do żłobka i szkoły, ponownie rozpoczynam przygodę z tańcem. Bo to zawsze on sprawiał, że krew w żyłach buzowała mi szybciej.

Czy jestem za stara na modern jazz? To się okaże. Jeśli tak, na pewno się o tym dowiesz. Tańczyłam hip hop, trochę dancehallu, a modern jazz zawsze mi się, po prostu, bardzo podobał. To będzie ciekawe wyzwanie, czas dla mnie i moja mała przygoda.

Czy w Tobie też tam gdzieś drzemie jakieś małe marzenie? Może to dobry moment żebyś zaczęła razem ze mną? Wchodzisz w to? Napisz do mnie, może stworzymy grupę wzajemnego wsparcia czasu dla siebie? 🙂 Co Ty na to?

PS Dzisiejszy post sponsoruje Beyone i Jay Z;) Proszę odpal ten kawałek i przesłuchaj, może i Ciebie rozbudzi:)

Pozdrawiam Twoja Gee

 

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading

Jak zapanować nad kuchennym chaosem?

Wyrzucasz popsute jedzenie, bo za długo zalega w lodówce?

Gdy chcesz ugotować obiad, okazuje się, że brakuje Ci składników?

W drodze z pracy robisz chaotyczne zakupy i wydajesz zdecydowanie za dużo pieniędzy?

Gotowanie i zakupy drażnią Cię, bo nigdy nie wiesz jakie posiłki wymyślić?

Moja droga to się nazywa KUCHENNY CHAOS! Ale spokojnie stworzyłam na niego POGROMCĘ!

Aby go uaktywnić, stosuj się do poniższych żelaznych zasad.

1. ZAKUPY ROBIMY RAZ A DOBRZE

Gdy latałam do sklepu kilka razy w tygodniu, robiłam zazwyczaj bardzo chaotyczne, nieprzemyślane zakupy. Nie dość, że kupowałam rzeczy zbędne, to często też za nie przepłacałam, kupując je w delikatesach pod domem. Wracając z pracy, nie miałam pojęcia, co mam w lodówce, więc na wszelki wypadek brałam sery, warzywa, chleb. Kończyło się zazwyczaj tak, że zjadaliśmy świeżo zakupione produkty, zapominając o tych zalegających gdzieś w czeluściach naszej lodówki. Prowadziło to do tego, że dużo produktów lądowało niestety w koszu.

Spontaniczne zakupy w drodze z pracy nie są wskazane z kilku względów:

  • wydajesz więcej, niż to konieczne
  • działasz impulsywnie i kupujesz często oczami i nie daj Boże, jesteś głodna, a wtedy to już zdecydowanie możesz popłynąć
  • powielasz produkty, które prawdopodobnie w domu już masz.
  • najchętniej zjadasz to, co świeże, zapominając o jedzeniu zakupionym wcześniej

Dlatego, aby zapanować nad chaosem, zakupy powinny być przemyślane i robione raz a dobrze. Najlepiej raz w tygodniu wybrać się do marketu z gotową listą na cały tydzień lub dokonać zakupów przez Internet.

2. ZAKUPY ROBIMY RAZ W TYGODNIU

Nie poświęcaj temu więcej niż godzinę. Zakupy to strata Twojego czasu! Latanie po sklepach kilka razy na tydzień to około 3-4 godzin z Twojego tygodnia. Nie lepiej wyjść z dziećmi na spacer?

Zakupy najlepiej robić przez Internet. Zaoszczędzamy wtedy czas i pieniądze.

Czas, bo nie poświęcamy go na dojazd, stanie w kolejkach i wertowanie sklepowych półek.

Pieniądze, bo przez Internet robimy bardziej przemyślane zakupy. Kolorowe pachnące produkty nie krzyczą do nas KUP MNIE! Nie ulegamy pokusom, dzieci nie namawiają nas na kolejne słodycze, a my kupujemy tylko to, co jest nam naprawdę potrzebne.

Ja korzystam z dwóch źródeł TESCO i LOKALNY ROLNIK.

Zazwyczaj w poniedziałek wieczorem siadam do komputera i z listą w ręku robię zakupy. Zajmuje mi to zazwyczaj max. godzinę Zakupy z Tesco przyjeżdżają pod drzwi następnego dnia, a Lokalnego Rolnika odbieramy osobiście.

3. PLANUJEMY POSIŁKI NA CAŁY TYDZIEŃ

Plan to bardzo ważna składowa Pogromcy Kuchennego Chaosu. Bez niego, każdego dnia zastanawiamy się, co dziś na obiad! Tracimy na to czas i energie!

Obecnie mam zazwyczaj przygotowany plan posiłków na cały tydzień i nie muszę zaprzątać sobie tym głowy.

Wiecie, dlaczego wielcy tego świata jak Mark Zuckerberg czy Karl Lagerfeld chodzą ciągle w tych samych ubraniach? Nie chcą oni tracić swojej dziennej dawki kreatywności na rzeczy zbędne. Tak samo jest z obiadami! Im dłużej się zastanawiamy, co ugotować i co mamy w lodówce, tym więcej energii ucieka nam w eter.

Pamiętam, jak wieczorami dopytywałam się rodziny:

Ja: a co jutro macie ochotę zjeść.

Igi: NALEŚNIKI

Mati: NIE, NALEŚNIK SĄ ZA CIĘŻKIE, SAŁATKĘ BYM ZJADŁ

A ja w głowie mieliłam czy powyższe to dobry pomysł, przecież mamy jeszcze wędliny w lodówce, jajka, otwarte sery itp.

Czas, energia, czas, energia… I tak schodziło nam pół godziny na dywagacje, co by tu zjeść. Z wytyczonym planem na cały tydzień ten problem mamy z głowy.

Zaglądamy jedynie do listy: PONIEDZIAŁEK – makaron z warzywami Bam, upewniamy się, czy na pewno wszystko kupiliśmy i do dzieła.

4. LISTĘ ZAKUPÓW DOSTOSOWUJEMY DO PLANU DAŃ

Gdy już mamy stworzoną listę dań, na które w najbliższym czasie będziemy mieć ochotę, zabieramy się za zakupy. Jak już mówiłam najlepiej przez Internet. Siadamy, najlepiej z przepisami (żeby nie zastanawiać się nad każdym pojedynczym daniem) i dokonujemy zakupów. Wtedy jedziemy po kolei -poniedziałek, wtorek itp.

5. ZUPOM NA OBIAD MÓWIMY NIE!

Zupy na obiad w tygodniu to totalna strata czasu! Samą zupą się nie najesz, a czas poświecić trzeba! Chyba że gotujesz takie, że łyżka staje i cała Twoja rodzina jest w stanie się nią najeść. Zupy w tygodniu, gotuję czasem na kolacje. Z reguły zimą, żeby rozgrzać się przed spaniem. Najlepiej sprawdzają się kremy, są one szybkie i łatwe. Bez bawienia się w gotowanie bulionów, wywarów itp. Ma być szybko i łatwo! Jeśli zupa z kolacji Ci zostanie, wykorzystaj ją jako miłe urozmaicenie do obiadu na następny dzień.

6. MROZIMY I PODPISUJEMY MIĘSO I RYBY

Po dostawie zakupów internetowych do domu, wszystko należy uporządkować. Na wierzchu zostaw jedynie to mięso bądź rybę, które będziesz używać w najbliższych dniach. Resztę zapakuj w specjalne torebeczki, podpisz i włóż do zamrażalnika.

7. WARZYWA I OWOCE PRZECHOWUJEMY ZGODNIE Z ZALECENIAMI

Jeśli nasze owoce i warzywa, kupowane raz w tygodniu, będą źle przetrzymywane, szlag trafi cały plan. Bardzo ważne jest, żeby stosować się do zasad przechowywania świeżych produktów. Tak, aby nie musieć niczego wyrzucać. Sprawa oczywista, że czasem coś się popsuje. Ale starajmy się minimalizować ryzyko.

8. LISTĘ ZAKUPÓW SPISUJ NA BIEŻĄCO

Jeśli tylko skończy ci się cukier, zapisz! Jesteś mamą, za trzy minuty zapomnisz. Zapewniam Cię.

Miej w kuchni notes lub tablicę, gdzie zawsze spisujesz takie rzeczy. Poproś też, o to pozostałych członków rodziny.

9. PRODUKTY DŁUGOTERMINOWE KUPUJ Z MIN TYG. ZAPASEM

Produkty długoterminowe, (jak sama nazwa wskazuje) mają dłuższy termin przydatności. Rób przynajmniej zapas jednej sztuki tak, żeby zawsze mieć pod ręką więcej mąki, cukru czy herbaty.

Wszystko oczywiście zależy od ilości miejsca, jaką dysponujesz w kuchni. Jeśli masz spiżarnię, możesz zrobić większe zapasy. Jeśli masz małą kuchnię, przemyśl, co jest niezbędne i bez czego się nie obędziecie np. w niedzielne popołudnie, gdy sklepy będą już zamknięte – a będą wkrótce:)

Zastanów się, z jakich produktów możesz zrobić zapasy i zakup je na początek razy dwa, później uzupełniaj jedynie kończącą się sztukę.

W mojej kuchni panował kiedyś wieczny chaos.

Ogrom różnych spraw zaprzątających mi na co dzień głowę, sprawiał, że kuchenne sprawy wymknęły się spod kontroli.

Nie lubię wyrzucać, nie lubię za długo zastanawiać się nad jadłospisem, a już zdecydowanie nie cierpię poświęcać czasu na szwendanie się po markecie, gdy zamiast tego mogę zrobić wiele innych, zdecydowanie ciekawszych rzeczy.

Zdecydowałam, że coś muszę z tym zrobić. I tak powstał POGROMCA KUCHENNEGO CHAOSU – czyli zestaw żelaznych zasad w kuchni.

Zmiany nie nastąpiły z dnia na dzień, zajęło mi to przynajmniej 2 miesiące, żeby dojść do wprawy i oszczędzać przy tym czas, energię i pieniądze. POGROMCA CHAOSU jest z nami już prawie od roku i co najważniejsze sprawdza się rewelacyjnie. Wszystkie powyższe punkty weszły mnie i mojej rodzinie w nawyk tak mocno, że spożywcze zakupy czy planowanie posiłków to teraz bułka z masłem☺.

A Ty jak radzisz sobie z chaosem w kuchni?:)

Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

 

Continue Reading

Jak wyrabiać się z niekończącymi domowymi obowiązkami?

Miewałam dni, kiedy otwierałam oczy i od razu rzucałam się w wir obowiązków. Biegłam, próbując odznaczyć jak najwięcej rzeczy na liście. Chciałam każdego dnia wyrobić się ze wszystkimi zadaniami domowymi.

Wstawić dwie pralki, posprzątać łazienkę, salon, i kuchnię, przygotować dwudaniowy obiad, wyprasować itd. Dzień kończyłam z wywalonym językiem, a ciągle coś jeszcze pozostawało na mojej liście.

Tak dłużej być nie mogło. Musiałam coś zmienić, bo czułam, że dzień w dzień gonię swój własny ogon, a co gorsza bez głębszego sensu.

Zatrzymałam się i uświadomiłam sobie kilka rzeczy, które Ty też powinnaś.

Po pierwsze NIE ZROBISZ WSZYSTKIEGO

Zakładając, że kobiety z reguły uwielbiają nakładać na siebie tonę obowiązków, zazwyczaj ciągnie się za nimi lista niemożliwa do zrealizowania w ciągu jednego dnia.

Doba ma tylko 24 godziny i nie wiem jakbyś miała się prężyć i wysilać, nie wciśniesz tam więcej niż to możliwe. A jeśli Ci się to uda, to na pewno odbędzie się to jakimś kosztem np. Twoim snem, humorem czy czasem z dziećmi.

Mądrzej będzie, jeśli zaakceptujesz fakt, że czas nie jest z gumy i wrzucisz na luz. 

Po drugie JEŚLI CHCESZ ZREAZLIZOWAĆ SWOJĄ DOMOWĄ LISTĘ ZADAŃ, ZMNIEJSZ JĄ!

Najważniejsze jest, aby zastanowić się, co tak naprawdę musimy zrobić. I zadać sobie pytanie, co w najgorszej z możliwych opcji może się wydarzyć, gdy czegoś nie zrobię?

Czyli w ładniejszej angielskiej formie: What’s the worse that might happen?

  • Czy jak nie wstawię dwóch pralek, tylko jedną, to oznacza, że dzieci nie będą miały w czym iść do przedszkola, a my do pracy?
  • Czy jeśli zamiast całego domu, sprzątnę tylko łazienkę, to komuś zrobi to różnicę?
  • Czy jeśli zamiast dwóch dań na obiad, ugotuję tylko jedno, jednogarnkowe, to czy dzieci padną z głodu?

Czasem z przyzwyczajenia i przekonania, że to coś jest konieczne, poświęcamy temu zbyt dużo naszego cennego czasu. A w rezultacie okazuje się, że świat nadal funkcjonuje, dzieci idą do przedszkola ubrane, a w dodatku szybki obiad wcale nie jest gorszy od tego dwudaniowego.

Eliminowanie i zmniejszanie listy zadań jest idealnym sposobem na realizowanie;)

Po trzecie ODRZUĆ PERFEKCJONIZM

Przy dzieciach gra niewarta świeczki. Ty się naszorujesz i nasprzątasz przez cały dzień, a nie dość, że pewne nikt tego nie zauważy. To jeszcze, gdy dzieciaki jak huragan wpadną do domu, szybko wszystko wróci do poprzedniego stanu. Ty stracisz czas, rozzłościsz się, a wszystko jak było, tak będzie. Lepiej to wszystko przewidzieć i pewne rzeczy sobie po prostu odpuścić. Jak? zobacz tutaj

Po czwarte DAJ SOBIE POMÓC

Nie musisz w domu robić wszystkiego sama. Masz przecież męża i dzieci i tak samo jak Ty, powinni uczestniczyć w obowiązkach domowych.

Możesz również zatrudnić panią do pomocy w prasowaniu czy sprzątaniu. Albo od czasu do czasu pozwolić babci ugotować obiad. Szczególnie jeżeli trafi Ci się tzw. babcia “gastronomiczna”, jak moja teściowa 🙂 Opcji jest wiele, wystarczy tylko chcieć. Więcej tutaj

Po piąte NIE TRAĆ ŻYCIA

Życie jest za krótkie. Rób to, co, kiedyś uznasz, że będzie miało dla Ciebie znaczenie.

Za kilka lat nie wspomnisz, jak to super, że miałaś zawsze idealnie wysprzątany dom, albo co jak co, ale kosz na brudy był u Ciebie zawsze pusty, pralki chodziły non stop, a dzieci zawsze jadały wystawny obiad. Będziesz wspominać czas spędzony z rodziną, to co robiłaś dla siebie, czego się nauczyłaś, co osiągnęłaś. Nie pozwól, abyś w przyszłości zadała sobie kiedyś pytanie typu: dlaczego nie nauczyłam się tańczyć, przecież zawsze o tym marzyłam, albo dlaczego nie zainwestowałam w siebie i nie poszłam na podyplomowe studia?

Także, tego…

Chcesz się wyrabiać ze wszystkim, przemyśl powyższe i przeorganizuj głowę, plan i swoich pomocników. A wtedy zobaczysz, że nagle wyrabiasz się ze wszystkim i nie jesteś w tym wszystkim sama:)

Powodzenia!

Twoja GEE

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading

10 sposobów na sen dla zmęczonej mamy

Uwielbiam spać, uwielbiam, gdy moje dzieci śpią. A jeszcze bardziej lubię, gdy wstaję rano wypoczęta, rześka i gotowa do działania.

Gdy jesteś mamą, nie jest to łatwe, ale jak najbardziej osiągalne. Zobacz, jak możesz poprawić jakość swojego snu, wstawać bardziej wypoczęta i ze zdecydowanie większą dawką energii.

  1. Kładź się spać zawsze o tej samej porze

Jest to element jakże ukochanej przeze mnie rutyny, a zarazem klucz do sukcesu wypoczętej mamy. Żeby dobrze się wysypiać należy kłaść się spać zawsze o tej samej porze. Gdy organizm zna Twój rytm dnia, przystosowuje się do niego i z nim współpracuje. Przełącza się na tryb odpoczynku zawsze o tej samej porze, co wspiera produktywny i skuteczny sen.

  1. Nie zawalaj nocy

Gdy z czymś się nie wyrobiłaś i chcesz nadrobić wieczorem, lepiej nie zawalaj nocy, gdyż:

  • Po pierwsze skrócisz sobie czas snu, co nie wpłynie na Ciebie dobrze następnego dnia
  • Po drugie Twoja efektywność po przekroczeniu etapu, w którym powinnaś wejść w fazę snu, będzie dość mierna, żeby nie powiedzieć zerowa.
  1. Zrezygnuj z kawy (kofeiny) po 14

Kocham kawę i mogłabym popijać ją przez cały dzień . Ale picie jej po 14, zdecydowanie zaburza efektywny sen w nocy. Jeśli czujesz, że jedziesz na ostatkach baterii, a jest dopiero 16:00, zdrzemnij się na 15 min jeśli akurat jest to niemożliwe. Jeśli nie, zjedz garść orzechów, one też pobudzają, a nie zawierają kofeiny.

To również tyczy się tych z Was (jak mojego męża), na których kawa “nie działa”. Mój mąż pije kawę dla smaku, a nie dla “kopa”. Ale kofeina swoją robotę w organizmie wykonuje tak czy owak. Także po 14:00 nie powinnaś pić kawy, coli czy innych napoi z kofeiną.

  1. Telewizor, komputer, tablet i telefon zostają poza sypialnią.

Niebieskie światło padające z wszystkich na co dzień otaczających nas ekranów zaburza wydzielanie melaniny. Gdy przed snem sprawdzamy jeszcze Facebooka, czy oglądamy serial, nasz mózg otrzymuje informacje, że wciąż jest dzień.

I ponownie, nawet jeżeli (podobnie jak mój mąż), potrafisz bez problemu zasnąć w każdych warunkach, przy telewizorze, muzyce, to nie zmienia to faktu, że Twój sen nie będzie tak efektywny, jak powinien. Nie wypoczniesz tak, jak powinnaś, pogłębisz zmęczenie i co gorsza nie zyskasz tyle energii, ile powinnaś na następne dni.

Dlatego odstaw wszelkie niebieskie ekranowe potwory, na co najmniej godzinę przed snem.

  1. Śpij przynajmniej 7 godzin

Są teorie, które mówią o 90 min cyklach snu. Ale są tacy, dla których tak naprawdę nie ma to znaczenia. Natomiast niepodwarzalną prawdą jest, że aby się wysypiać powinniśmy spać przynajmniej 7-8h.

To, że będziesz spała krócej, daje tylko złudne wrażenie, że zrobisz więcej. Tak naprawdę zmęczenie, w dłuższym terminie, prowadzi do gorszej produktywności, kreatywności a jednocześnie powoduje, że brakuje Ci pozytywnej energii i siły , nie tylko w pracy, ale również dla rodziny.

  1. Zrób listę rzeczy na kolejny dzień

My kobiety uwielbiamy tak przed snem, tworzyć sobie w głowie listę rzeczy do zrobienia na kolejny dzień. Takie żonglowanie myślami tuż przed zaśnięciem potrafi porządnie zaburzyć fazę, w której właśnie powinnyśmy usypiać. Zamiast robić listę leżąc w łóżku, zrób ją przy stole z kartką i długopisem w ręku. Uspokoi to Twoje myśli, a Ty udasz się z oczyszczoną głową na odpoczynek.

  1. Słuchaj relaksującej muzyki

Tak jak dzieciom, tak i dorosłym przed snem przyda się chwila wyciszenia. W ciągu dnia ogarniamy tak dużo, że często jeszcze w łóżku potrafimy przeżywać wszystkie zdarzenia. Warto na wieczór się wyciszyć i posłuchać relaksującej muzyki. Zdecydowanie łatwiej będzie się nam zasypało.

  1. Nie ćwicz na noc

Tak samo, jak czas tuż przed snem nie jest dobrym momentem dla dzieci na wygłupy i zabawy, tak dla Ciebie nie jest to dobry moment na ćwiczenia. Pod wieczór Twój organizm powoli wchodzi w stan odpoczynku, dlatego nagłe jego rozbudzenie wpływa na zaburzenie całego rytmu. Gorzej będzie Ci się zasypiało, a sam sen nie będzie już tak efektywny

  1. Chodź spać w dobrym nastroju

To jest coś, co w kółko powtarza mi mój mąż. Jeśli zdarzy się nam posprzeczać w ciągu dnia albo wieczorem, on zawsze dąży do tego abyśmy przed snem się pogodzili. Bo w takim, w jakim nastroju się kładziesz, w takim później zazwyczaj wstajesz. Skoro sprzeczka już była, to po co przeciągać emocje dalej i psuć sobie z założenia cały kolejny dzień?

Choć moja kobieca strona ma ochotę się pofoszyć i wkurzać dłużej, muszę jednak przyznać, że mój mąż dość szybko przekonał mnie do korzyści płynących z takiego podejścia do rozwiązywania konfliktów 🙂

10.Nie włączaj drzemki w budziku

Funkcja drzemki w budziku powinna być zakazana. Bo 10 minutowe dosypianie z rana nic dobrego nie wnosi. Zamiast się wysypiać, wyrywamy nasz organizm ze snu tylko po to, by przestawić budzik na chwilę później. Tym sposobem wstajemy pół godziny później, ale bez żadnych dodatkowych pozytywnych efektów. Zatem może lepiej od razu z założenia nastawiać budzik pół godziny później, ale w pełni wykorzystać ten czas. Ja cały czas się jeszcze tego uczę, obecnie jestem już tylko na jednej 10 minutowej drzemce;)

Jeśli chcesz lepiej wypoczywać i stosować się do powyższych zaleceń, pamiętaj, metoda małych kroków jest tutaj bardzo ważna. Mamy tendencje do implementacji wszystkiego na raz. Jednak najskuteczniejsza jest metoda małych kroków. Wybierz to, co najbardziej Cię przekonuje, to co już “prawie” robisz, co wydaje się najłatwiejsze i daj temu szansę. Jak się uda i wejdzie Ci w nawyk, spróbuj kolejnej rzeczy i tak stopniowo dodawaj coraz więcej, żeby korzyści były większe

Pamięitaj też, że nie wszystko jest dla każdego. Może się okazać, że któraś z rad zupełnie się u Ciebie nie sprawdzi, albo niewiele Ci da. Każdą, o której napisałam, albo o której dowiesz się w innych miejscach, warto sprawdzić, dać jej szansę i przetestować, ale nic na siłę. Jeżeli nie działa, albo jest Ci wyjątkowo cieżko i nienaturalnie – zostaw ją i weź kolejną na tapetę, a nie (jak to często mamy w zwyczaju) porzucaj wszystkie inne.

Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading

Jesteś mamą? Lepiej zaprzyjaźnij się z rutyną!

Ludzie dzielą się na tych, którzy preferują życie na totalnym spontanie i na tych, którzy wolą mieć wszystko poukładane. Ci na spontanie nie wyobrażają sobie życia z zegarkiem w ręku, poukładani nie wyjdą bez niego z domu. Jako matka zdecydowanie należę do tych, którzy zdecydowanie potrzebują poukładanego planu dnia i RUTYNY.

Czy jestem nudziarą?

 ZDECYDOWNIE NIE!

 Rutyna jest dla mnie, a nie ja dla rutyny.

To właśnie ona pomaga mi przetrwać nie jedną trudną chwilę. Czytaj poniżej dlaczego!

  1. Rutyna redukuje stresy

Gdy w ciągu dnia jestem świadoma, co po czym następuje, jestem o niebo spokojniejsza. Wszystko dzieje się według planu, każdy wie, co ma zrobić i tym sposobem unikamy codziennych stresów.

Najcięższe dla rodziców są chyba zawsze poranki. Bo wtedy wszyscy się spieszą…

Kiedyś wstawałam rano i nie wiedziałam, w co mam włożyć ręce. Musiałam wyszykować Ignasia do przedszkola, siebie do pracy, a tu łazienka zajęta, za śniadanie nie ma się kto zabrać, młody uprawia histerię, bo nie te spodnie chciał założyć i zawsze coś. Coś, co sprawiało, że poranki często kończyły się u nas katastrofą.

Wprowadzenie rutyny sprawiło, że nie latam już po domu jak kot z pęcherzem próbując reaktywnie ogarnąć każdą sytuację.

Teraz mamy stały plan i według niego działamy. Ja, wiem, że muszę wstać przed dziećmi, żebym w spokoju mogła poćwiczyć, wziąć prysznic i się umalować. Gdy wstają dzieci, ja już większość porannych przygotowań mam za sobą. Mąż zabiera się za śniadanie, a ja ogarniam dzieci. Wcześniej wstaje Jula, dostaje mleko, a w międzyczasie budzę Ignasia. Później wracam do Julki, bo zdąży już do tego czasu zjeść. Ubieramy się. Ignaś wstaje, myje się i ścieli łóżko. Czasem z Julą musimy mu kibicować;) Gdy już dzieci są gotowe, siadamy wszyscy do śniadania. I tak dalej….. Jest milej, spokojniej i bez awantur.

Oczywiście nie oznacza to, że Ty też musisz nagle wcześniej wstawać, żeby wprowadzić rutynę. To tylko mój przykład z życia. Ty możesz zastosować zupełnie inne, swoje metody. Ważne, żeby zastanowić się nad całościowym schematem dnia, który może znaczne poprawić komfort Twojego życia.

  1. Rutyna pozwala dobrze wypocząć

Mamie potrzebny jest po całym dniu dobry odpoczynek. Odpoczywamy zdecydowanie lepiej, gdy nasze organizmy są przystosowane do regularnej pory snu. Konsekwentne kładzenie się spać i wstawanie o tej samej porze wpływa na to, jak się wysypiamy.

Im bardziej mamy uregulowany rytm spania, tym organizm sprawniej przystosowuje nasze funkcjonowanie do pory snu. Gdy schemat jest zaburzony, i raz wstajemy o 6 a raz o 10, nasz organizm gubi się, a w efekcie my nie odpoczywamy, tak jak powinnyśmy.

Tak więc, jeśli codziennie kładziesz się spać i wstajesz o tej samej porze, Twój organizm po pewnym czasie wie, czego się spodziewać, układa się pod Twój rytm i zaczyna z nim współpracować. Wstajesz wtedy rześka i wypoczęta.

  1. Rutyna wpływa na kreatywność

Czy zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego Mark Zuckerberg, czy Karl Lagerfeld każdego dnia ubierają się podobnie? Podpowiem, że nie chodzi tutaj o pustą szafę i kobiece „nie mam się w co ubrać”.

Może Cię zaskoczę, ale oni właśnie stosują się do zasad rutyny i nie tworzą wymyślnych stylizacji na każdy dzień tygodnia. Podobnie działał Albert Einstein i Steve Jobs. A Barack Obama, choć miał kilka garniturów, jako prezydent nie podejmował decyzji odnośnie tego, co zje czy innych „przyziemnych” spraw. Wszyscy oni ograniczali i nadal ograniczają swoje wybory, aby swoją energię (której codziennie mamy określoną ilość) wykorzystać tam, gdzie będzie ona miała najlepszy czy największy użytek.

Każdorazowo rano zastanawiając się np. w co mamy się ubrać, tracimy swoją cenną energię i kreatywność. Dotyczy to nie tylko ubioru, ale i wszystkich obowiązków i standardowych rzeczy, które robimy codziennie.

Zaskakująco nie dotyczy to jedynie gwiazd i ludzi sukcesu. Ale nas  MAM także, a może nawet przede wszystkim. Gdy w kółko i od nowa każdego dnia zastanawiamy się:

  • czy najpierw ubrać dziecko
  • czy umalować rzęsy
  • a może zrobić śniadanie
  • a jeszcze gorzej, zastanawiać się co na to śniadanie…

Wtedy już o poranku tracimy olbrzymie pokłady energii i kreatywności. Warto wtedy codzienne czynności wrzucić w standardową rutynę (wymyślone słowo – zrutynizować) a kreatywność zachować na:

  • inteligentne dysputy ze swoim maluchem
  • zabawy pełne pomysłów
  • gaszenie pożarów będące nieodłącznym elementem posiadania dzieci
  • na wyzwania, pomysły i rozwiązywanie problemów w pracy
  • na czas wolny ze znajomymi
  • i wiele wiele innych ważniejszych rzeczy w ciągu dnia

Dlatego im więcej codziennych czynności staje się powtarzalną rutyną, tym Twoja głowa bardziej rześka i pełniejsza pomysłów. Choć mnie do ubierania się ciągle w to samo jeszcze daleko, to wszystko inne jest dość schematyczne i powtarzalne.

  1. Rutyna sprawia, że mam czas na wszystko

Nie jedna z Was pewnie puknie się w głowę i nazwie mnie ściemniarą. Biorę to na klatę;)

Ale taka prawda, mam w życiu mam czas na wszystko, co dla mnie ważne. Ty też powinnaś. I jeśli uważasz, że warto o niego zadbać, to rutyna na pewno Ci w tym pomoże.

Jeśli wiem, że moje dzieci codziennie chodzą spać o tej samej porze, Julka o 19:00, Ignaś o 21:00 to wiem, że wieczór należy do mnie i mogę z tym czasem zrobić, co tylko zechcę. Mogę poczytać, pośpiewać, potańczyć albo po prostu ugotować obiad, wybór należy do mnie a w sumie do nas.

Gdy wstaję codziennie o 6:00 mam czas na ćwiczenia, poranną kawę i kąpiel.

Gdyby moje dzieci latały po domu do 23:00, nie miałabym czasu dla siebie. Gdybym wstawała razem z nimi nie miałabym kiedy ćwiczyć. I tak koło się zamyka.

  1. Rutyna daje mi przestrzeń do spontaniczności

Gdyby nie to, że moje dni z dziećmi są dość powtarzalne, nie miałabym na tyle energii, żeby wpleść w nie elementy spontaniczności. Przez poukładany rytm dnia, wiem co, po czym następuje i gdzie ewentualnie mam przestrzeń na spontaniczny wypad na lody z dziećmi czy na kawę z koleżanką. Gdyby codzienne podstawowe czynności działy się ad hoc, zabrakłoby przestrzeni na tę przyjemną spontaniczność. Dlatego oszczędzam baterie i wszystko co, możliwe wykonuję według pewnych schematów.

I jak podoba Ci się ta rutyna?

Zdaję sobie sprawę, że działanie według rutyny i pewnych schematów może wydawać Ci się koszmarnie nudne. Mnie natomiast możesz uważać za zaprogramowanego robota. Ale zapewniam Cię jestem normalną matką z krwi i kości, która kiedyś borykała się brakiem organizacji i chaosem. Teraz moje życie jest o niebo łatwiejsze i przyjemniejsze. Ale i tak bywa czasem ciężko. Życie a przede wszystkim macierzyństwo, ma to do siebie, że zawsze może nas czymś zaskoczyć. Tak jak mnie dzisiaj… Jula zerwała się z płaczem o 5:00 nad ranem, bo idą jej zęby. Całą poranną rutynę szlak trafił, bo musiałam odespać. Plusem rutyny jest to, że nawet, gdy nas coś zaskoczy, sprawnie możemy powrócić do wypracowanych schematów.

Może już sama się do niej stosujesz? Podziel się tym co, u Ciebie działa a co nie?

Napisz w komentarzu, lub na geeway@geeway.pl:)

Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading

Nie narzekaj, że nie masz czasu. Wszyscy mamy go tyle samo

 

 i tylko od Ciebie zależy na co, go poświęcasz.

Twój dzień wypełniony jest po brzegi mnóstwem obowiązków – praca, dzieci, dom…

Wstajesz i biegniesz, odhaczasz zadania w biurze, w domu, z dziećmi…

Kładziesz się spać i przez sen znowu biegniesz, bo przecież jutro znowu lista pełna zadań…

Dzwoni do Ciebie koleżanka, a Ty wciąż powtarzasz, że nie masz czasu, bo przecież taka jesteś zapracowana…

Dzieci odsyłasz do pokoju, gdy marudzą, żebyś się z nimi pobawiła. Ty właśnie gotujesz obiad. Obiad musi być – wiadomo!

Widzisz w tym opisie choć trochę siebie?

Odpowiesz: TAK WIDZĘ, TAKIE CZASY, TAKIE ŻYCIE, CÓŻ ZROBIĆ?

Czy może…

O CHOLERA! WIDZĘ, CZAS TO ZMIENIĆ!

W kółko powtarzamy, jakie to my jesteśmy zapracowana, tyle na głowie a doba ma tylko 24 godziny. Pytanie tylko, czy rzeczywiście?

Nie, NIE czy rzeczywiście doba ma tylko 24 godziny, ale czy rzeczywiście jesteśmy takie zapracowane?!

Teraz powtarzaj za mną:

W ŻYCIU MAM CZAS NA WSZYSTKO, CO DLA MNIE WAŻNE

 A teraz proponuje takie ćwiczenie, które pomogło mnie i wielu osobom, które znam. Zacznij od wypisania wszystkich czynności, jakie wykonujesz każdego dnia i podziel je na cztery kategorie. Możesz skorzystać z mojej tabelki. Do ściągnięcia tutaj.

 

Absolutny MUS

Mam tu na myśli wszystkie czynności, które MUSZĄ się w ciągu dnia zadziać, typu:

  • wyprawić dzieci do szkoły/przedszkola
  • dojechać do pracy
  • zawieźć dzieci na zajęcia dodatkowe
  • pójść spać

Czyli wszystkie te rzeczy, bez których Twoje normalne funkcjonowanie w społeczeństwie może się delikatnie mówiąc-zachwiać. Dzieci trzeba odstawić, bo inaczej nie dojedziesz do pracy, a jak nie dojedziesz do pracy, to w końcu Cię zwolnią itd.

Na tej liście mogą pojawiać się rzeczy, które nagle okazują się bardzo ważne jak np. natychmiastowe zakupy, bo macie pustą lodówkę i możecie nie mieć wieczorem co jeść. Albo odebranie stroju na bal przebierańców, bo inaczej Twoje dziecko jako jedyne mieć go nie będzie. Wszystko zależy od dnia i od sytuacji.

Świat się bez nich nie zawali

Są to czynności, które wydają się nam super istotne, ale w rzeczywistości takie nie są. Po dłuższym zastanowieniu okazuje się, że nie są one na tyle krytyczne, aby dzień w dzień pojawiały się na naszej liście. Oto moje przykłady takich czynności:

  • odkurzanie
  • codzienne gotowanie obiadu
  • prasowanie
  • wieczorne ogarnianie mieszkania
  • kurtuazyjnie telefony do teściowej

Czyli wszystko to co, wykonujemy z przyzwyczajenia, bo np. tak wypada, ale w gruncie rzeczy nie musimy tego robić. Bo nikomu nie stanie się krzywda, jeśli po przyjściu z pracy darujesz sobie odkurzanie i czas poświęcisz na coś innego, ważniejszego. I nie mam na myśli zamiany odkurzania na prasowanie, ale na przykład zastąpienie odkurzania spacerem z dziećmi. Ty się dotlenisz, a dzieci wyszaleją. Same pozytywy.

Pożeracze czasu

Wszystko to co, jest w naszym życiu zbędne, mało nieistotne i to na co, często w ciągu dnia poświęcamy sporo czasu. Jeśli zastanowisz się nad tym głębiej, pewnie znajdziesz sporo czynności, które w ciągu dnia mnej lub bardziej bezsensowne i w rezultacie wnoszą wielkie NIC w nasze życie. Pożeracze, które zidentyfikowałam kiedyś u siebie:

  • bezmyślne przewijanie Facebook’a 10 x dziennie
  • wieczorne oglądanie seriali
  • przeglądanie sklepów internetowych w poszukiwaniu tych jednych wymarzonych butów (ja robię to niestety nagminnie)
  • siedzenie w pracy po godzinach, gdzie trudno już o jakąkolwiek efektywność i produktywność

Nie zrozum mnie źle, każda z powyższych rzeczy może być dla kogoś ważna i nie oceniam tego. Tak długo, jak jest to Twój świadomy wybór, że właśnie w ten sposób chcesz spędzać wolną chwilę. Pamiętaj tylko, że jeżeli wybierzesz np.oglądanie seriali wieczorem, to nie twierdź później, że nie masz, kiedy ćwiczyć, albo gdy siedzisz w pracy po godzinach, to nie tłumacz się, że nie masz czasu spotkać się ze znajomymi

Sprawy ISTOTNE

Czyli takie, które uważamy, że byłyby kluczowe, patrząc na nasze życie z większej perspektywy. Takich, których obecny brak w życiu, spowoduje, że kiedyś będziemy tego żałować. Ale też takie, na które przy nadmiarze powyższych, ostatecznie często brakuje nam czasu.

  • Twoje pasje – taniec, książka, rysowanie, basen
  • czas z dziećmi – spacery, wspólne gry planszowe, wypady do kina
  • czas z mężem – wspólne wieczory, randki, poranna kawa w łóżku
  • odpoczynek – relaks z książką, regenerujące drzemki czy aktywność fizyczna
  • czas z przyjaciółmi – wspólne wypady do kina, restauracji czy po prostu rozmowy przez telefon

Wszystkie powyższe podpowiedzi, są tylko sugestiami, więc nie musisz się nimi kierować. Każda z nas jest inna i ma inne potrzeby. Więc jeśli dla Ciebie porządek w domu to Sprawa Istotna, to jak najbardziej jest to ok. Ważne, żebyś Ty umiała podzielić wszystkie wykonywane codzienne czynności zgodnie ze swoim sumieniem I dokonała świadomego wyboru. Jeśli to zrobisz, możesz mnie pretensje tylko i wyłącznie do siebie, że nie znalazłaś czasu na coś innego. Ponownie podkreślam wszystko to kwestia priorytetów. sumieniem.

Jeśli Twoja lista jest już gotowa, poproszę Cię o to, abyś zastanowiła się co z kategorii Świat się bez nich nie zawali i Pożeraczy Czasu, możesz lub powinnaś wykreślić, bo zabierają ci one zdecydowanie za dużo dnia i koniec końców nie masz z nich żadnej korzyści. Aby pomóc Ci wykreślać., poniżej znajdziesz jeszcze kilka pytań pomocniczych:

  1. Czy plamy od pasty na lustrze sprawią, że jutro nie będziesz mogła się umalować i wyjść do pracy? Czy może umiejętnie wciśniesz swoją facjatę pomiędzy dentystyczną mozaikę i wyjdziesz z pięknym jak co dzień makijażem?
  2. Czy zlew pełen naczyń kiedyś Cię zaatakował? Czy po prostu Twoja mama opowiadała Ci takie koszmarne bajki na dobranoc?
  3. Czy lajkowanie zdjęć Twoich Facebookowych znajomych, wpłynie korzystanie na relacje z tymi w realu?
  4. Czy nadgodziny w pracy to konieczność? Czy może siedzisz tam, bo w domu jest jeszcze więcej pracy?
  5. Czy wieczorny serial to coś, bez czego nie możesz żyć? Czy robisz to tylko dlatego, żeby mieć o czym pogadać z koleżankami przy kawie?

Jeśli już skreśliłaś wszystko to co zbędne, pierwszy mały sukces za Tobą. Teraz powinnaś małymi kroczkami próbować wyeliminować lub ograniczyć je do minimum tylko, że w realu.

Nie jest to łatwe zadanie, bo często działamy automatycznie, bez zastanowienia, bo tak się przyzwyczaiłyśmy. Dlatego, żeby dopiąć swego, musisz tego naprawdę chcieć. Czeka Cię dużo pracy.

Teraz czas na priorytety. Powoli usuwając z życia czynności mało istotne, zaczynasz mieć czas na rzeczy ważne. Bo okazuje się, że gdy np. wyłączysz telefon, możesz swobodnie usiąść z dzieckiem i poczytać mu książkę. Migające lampki z powiadomieniami nie drażnią Twojego wzroku, a Ty całą sobą możesz być tu i teraz.

Więc, zamiast wciąż narzekać, że nie masz na nic czasu, zastanów się co, jest dla Ciebie w życiu ważne i działaj. Do dyspozycji masz AŻ 24 GODZINY!

 

Masz problem z wyznaczenie swoich priorytetów?

Za dużo czasu marnujesz za rzeczy zbędne, choć wiesz co jest dla Ciebie ważne?

Mimo starań wciąż masz za dużo na głowie?

Nie zgadzasz się z moimi farmazonami i chcesz mi o tym powiedzieć?

 Napisz do mnie na geeway@geeway.pl lub zostaw komentarz pod postem. Odpisuję na każdą wiadomość, więc pisz śmiało.

 

Twoja Gee

fot:  Mr Blacksheep Photography


Głęboko wierzę w to, że kluczem do szczęśliwego macierzyństwa jest przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama. Wiem też, jak ciężko jest nam mamom wygenerować chwilę dla siebie. Dlatego przygotowałam dla Ciebie serię maili, w których opisuję moje sposoby na to aby w ciągu dnia pełnego obowiązków i wyzwań nie zapomnieć o sobie.

Po przeczytaniu maili:

  • Z łatwością wygenerujesz chwilę dla siebie
  • Nauczysz swoją rodzinę, że każdy ma swoje potrzeby i każdy potrzebuje czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Nawet MAMA!
  • Twoje życie będzie bardziej poukładane i spokojniejsze
  • Ograniczysz elementy zaskoczenia, które w łatwy sposób dezorganizują Ci dzień
  • Dzieci widząc spokojniejszą mamę, same będą spokojniejsze i szczęśliwsze.

Zapisz się poniżej, a otrzymasz pierwszego maila już dziś!

Continue Reading